CIEPŁA WIOSNA DLA LINA


obrazekZ pomostu nad moim ulubionym jeziorem łowię ryby już od kilkudziesięciu lat. Łowię i obserwuję. Mogę o nich powiedzieć dużo, bo woda w jeziorze jest przejrzysta i wszystko widzę jak w akwarium. Gdy koniec kwietnia ciepły, to jeziorowy białoryb ściąga na płycizny. Pod pomostem pokazują się duże leszcze, płocie i piękne liny. Właśnie liny złowić najtrudniej, bo niezrozumiałe jest ich zachowanie.


obrazek
Od końca kwietnia (jeżeli wtedy jest już ciepło) aż do późnego lata liny zawsze widać  w tych samych miejscach. Łowię je  przy trzcinach, z lewej lub  prawej strony pomostu. Głębokość nie przekracza tam półtora metra. Na dnie są badyle po zeszłorocznych trzcinach, a na nich dużo rozmaitych  podwodnych żyjątek. To jest właśnie magnes, który przyciąga liny.
 Płocie i  leszcze łowię na wprost pomostu. Tuż przy nim wody jest na dwa metry, dalej dno spada do prawie czterech.  Kiedy na początku sezonu zaczynam  nęcić, dno w tym miejscu jest ciemne. Po dwóch - trzech dniach przez cienką warstwę namułów zaczyna prześwitywać piasek. Po dalszych paru  dniach namuły znikają  (ryby rozproszyły je ogonami) i na dnie powstaje  duży jasny krąg czystego piasku. Kiedy rzucę tam zanętę, złowię płocie, krąpie i  okonie. Leszcze nad to jasne dno wprawdzie przypływają, ale tutaj się ich nie złowi. Biorą tylko tam, gdzie  dno jest ciemne, w sporej odległości od jasnego kręgu.
Liny wynurzają się znad ciemnego dna, defilują nad jasnym i płyną na jeszcze płytszą wodę,  do trzcin, a w zasadzie do ich zeszłorocznych pozostałości. Nawet w pełni lata, kiedy na brzegach rosną już świeże,  tegoroczne trzciny, liny rzadko w nie  wpływają. Lepiej im wśród starych łodyg. Prawie nigdy nie widziałem, żeby intensywnie żerowały. Robią to jakby od niechcenia. Pływają, ale nie widać, by się czymkolwiek interesowały.  Kiedy się jednak dokładnie przyjrzeć,  można zauważyć, że podpływają do  jakiegoś trzcinowego badyla,  zatrzymują się na krótką chwilę i delikatnie coś z niego zbierają. Oczywiście te żyjątka, które na nim  siedzą.  Nie widać przy tym, żeby się jakaś podwodna gałązka ruszyła albo żeby się wzbił obłoczek mułu. A przecież obserwuję rybę, która waży sporo ponad kilogram. Robią to spokojnie, jakby od niechcenia.
obrazek
TYLKO LIN SIĘ NIE ZMIENIA
O rybach, które się pokazują  przy moim pomoście, mogę powiedzieć dużo, bo woda w jeziorze jest przejrzysta i obserwuję  je jak w akwarium.  Widzę, że po  odłowach   brakuje tych, które rybakom udało się zagarnąć sieciami.  Widzę też, jak się zmieniają zachowania niektórych ryb. Na przykład leszcze.  Kilkanaście lat temu  ściągało się je  do dna zanętą, teraz to się rzadko udaje.  Niemal całe lato przebywają w toni,  kiedyś to się nie zdarzało. Trudno  też  złowić dużego okonia, chociaż   w jeziorze ich nie brakuje. Małe zresztą   też nie biorą najlepiej, a kiedyś nie było z tym żadnego problemu. Dużo zmian się w przyrodzie dokonuje, tylko zachowanie linów się nie zmienia.

Mają liny swój sposób żerowania, swoiście się również zachowują. Wiem, że koledzy po kiju, nawet doświadczeni w łowieniu linów, nęcą je ziemniakami lub specjalną zanętą, której głównym składnikiem jest suchy chleb. Na haczyk  zakładają ziemniaki, kukurydzę, czerwone robaki lub pasty wykonane z bułki, oliwy i jakichś tam dodatków, na przykład nostrzyka lub tataraku. Jak z tego widać,  u nich przeważają przynęty roślinne. Ja natomiast  uważam, że lin jest  przede wszystkim  rybą mięsożerną. Jeżeli  ma do wyboru ciasto i mięso,  to na pewno wybierze mięso. I tu się zaczyna problem, którego nie potrafię  wyjaśnić, bo go po prostu nie rozumiem.
Liny nęcę tylko rano. Zanim rozłożę sprzęt,  wrzucam do wody kilkanaście kulek, trochę większych od włoskiego orzecha. Sporządzam je  z przetartej ziemi i gliny, do tego dodaję  trochę dżokersa i pinki. Wrzucam je na jedenasty metr, bo liny łowię wyłącznie zestawem skróconym.  Wrzucam też w jeden punkt, żeby nęcony obszar był  jak najmniejszy.
Jedenaście metrów od pomostu to już taka odległość, że nie widzę dokładnie tego, co się dzieje na dnie, ale liny,  które się tam kręcą, od czasu do czasu  dostrzegam.   Nigdy nie ma ich wiele. Do czerwca to najwyżej trzy – cztery sztuki naraz. Jednej dużej ikrzycy towarzyszą dwa, rzadko trzy znacznie od niej mniejsze mleczaki. Później, po tarle, pływają tylko parami. Mowa tu o linach, które się nadają na wędkę. Są też małe linki, 20-centymetrowe, ale one znikają,  kiedy przypłyną duże.
Więc  kręcą się te liny, ale brać  nie chcą,  nawet gdy im podsypuję   garsteczkę kukurydzy.  Było  nieraz tak, że siedziałem z kijem w ręce przez kilka godzin, widziałem pływające liny, widziałem jak wsysają ziarenka kukurydzy, jak buszują w zanęcie, a spławik nawet nie zadrżał. Liny najpierw  rozprawiały się z zanętą.  Właśnie na tej podstawie twierdzę, że zawarte w niej robaki były  dla nich  najsmaczniejszym kąskiem. Dopiero później zwracały  uwagę  na kukurydzę.
obrazek
Gdy się łowi tyczką ryby,  które ważą kilogram i więcej, dużą rolę odgrywa  długość gumy amortyzacyjnej. Ja wkładam ją  tylko do jednego segmentu, ponieważ długi   amortyzator bardzo się   rozciąga i  nie pozwala wprowadzić ryby do podbieraka.  Lepiej więc w pierwszej fazie holu wymęczyć rybę operując całą  tyczką,  bo  później, kiedy się  trzyma w ręku jedynie top, można nie mieć wpływu na to,  co ryba  robi.

Niemal wszystkie liny złowiłem na kanapki. Na haczyk zakładam dwie pinki i jedną ochotkę. Pinki  tylko  czerwone lub ciemnopomarańczowe,  białe i żółte je  odstraszają.   Kiedy nie mogłem się doczekać brania,  do tych dwóch pinek i ochotki dodawałem ziarenko kukurydzy, czasem na haczyk  zakładałem pęczek ochotek,   same pinki albo dżdżownicę, która  dla linów jest przysmakiem. Ale brań nadal  nie miałem.
Przychodziła w końcu  chwila, kiedy  liny odpływały. Wtedy ustawiałem wędkę na specjalnych podpórkach i  wchodziłem do wody, żeby się dokładnie przekonać, co liny zostawiły na dnie. Miejsce, gdzie   wrzuciłem kulki,    było jaśniejsze, bo bez namułów, więc widziałem je  dobrze,  zresztą   wisiał nad nim haczyk z nietkniętą mięsną przynętą. Pod haczykiem  nie było  grama ziemi ani śladu robaka.  Nigdy też nie znalazłem tam choćby  ziarenka kukurydzy.   Gdy jednak przychodziłem  nazajutrz lub za kilka dni, w tym samym miejscu i na wszystko to samo łowiłem lina albo dwa. Ładne,  prawie po dwa kilogramy każdy. Więc dlaczego w jeden dzień haczyk ich  nie odstraszał, a kiedy  indziej  zjadały  wszystko z wyjątkiem  tego,  co na haczyku? Nie  potrafię tego zrozumieć.
---
Liny łowię zestawem skróconym. Kiedy wieje, zakładam spławik o wyporności jednego grama, zmniejszam ją  o  połowę, gdy pogoda  spokojna, a tafla wody gładka. Spławiki wyważam czterema śrucinami,   zaciskam je na żyłce nad przyponem. Przypon o długości 25 cm robię z żyłki 0,12. Żyłka główna ma średnicę 0,16 mm. Grunt ustawiam na takim poziomie, żeby haczyk z przynętą wisiał kilka milimetrów nad dnem, ale go nie dotykał. Sądzę, że podczas łowienia linów właśnie to decyduje o sukcesie. Prawdziwość tej zasady sprawdzałem wielokrotnie,   kiedy liny dobrze żerowały i kiedy się przynętą w ogóle nie interesowały. Podawałem im  zestaw zawieszony wyżej nad dnem lub w taki  sposób, że na dnie leżała przynęta, a nawet pierwsza śrucina. Brania  były tylko wtedy,  kiedy haczyk znajdował się  tuż nad dnem. Na to, żeby go tak  zawiesić, pozwala  jedynie zestaw skrócony.
---
Liny należą do ryb punktualnych. Czasami raptowna i bardzo duża zmiana pogody  zakłóci ich zegar. Kiedy jednak pogoda mało się zmienia,  liny zjawiają się dosyć punktualnie, ale nęcę je co najmniej pół godziny wcześniej. Zaraz po wrzuceniu kul pojawia się    drobnica, której w trzcinowiskach jest bez liku. Ale tym się nie przejmuję. Robaków nie zdążą wyjeść,  bo gdy tylko  przypłyną liny,  inne ryby znikają, nawet duże płotki.
Stanisław Badeńczyk