KIEDY NIE MA ZŁOŚCI...


obrazekWychodzę z auta i cała złość mija. Kapitalnie świeci słoneczko, wieje lekki wiaterek, który gdzieniegdzie marszczy wodę, śpiewają wiosenne ptaszki, a nad wodą, oprócz mnie, nie ma chyba nikogo. To lubię. Montuję wędkę


obrazek
Jest koniec marca. Koledzy są już po pierwszych wyprawach na ryby, efekty mają różne. Ja jestem gotowy, ale ciągle albo pogoda nie ta, albo praca nie pozwala na dłuższy wyskok. Ciągnie mnie nad wodę.
Po Świętach Wielkanocnych do końca tygodnia mam wolne.  Planowałem wizyty nad wodą, niestety pogoda jest fatalna. Dopiero w czwartek po mroźnym poranku wiosenne słońce ogrzewa powietrze i popołudnie jest całkiem przyjemne. Wieczorem oglądam prognozę pogody w TV, czekam potwierdzenia, że będzie podobna. Jest dobrze, pogoda się utrzyma. Sprzęt mam od dawna przygotowany, ale jeszcze raz sprawdzam, czy wszystko gra. Zastanawiam się, gdzie pojechać i jak łowić. Mam dwie opcje, poszukać wiosennych płoci ze spławikiem, albo z lekkim spiningiem sprawdzić, jak tam po zimie czują się okonie. Wybieram spininig, bo mniej maneli, jedna wędka, torba z drobiazgami, wodery, herbatka w termosie i już mnie nie ma.
Nad wodę mam ok. 40 km. Średnio dojazd zajmuje mi 40 min. Jest piątek rano, około dziewiątej. W Poznaniu poranny szczyt komunikacyjny, ponieważ muszę przebić się na drugą stronę miasta, wybieram boczną, nieco dłuższą, aczkolwiek mniej uczęszczaną drogę, będzie szybciej. Niestety, drogowcy akurat dzisiaj rozpoczęli łatanie pozimowych dziur. Stoję w korku, którego końca nie widać. Wyzywam sam siebie. Co mnie podkusiło, żeby dzisiaj jechać akurat tędy. Po półtorej godzinie w końcu docieram nad moje jeziorka. Większą część sezonu łowię właśnie tutaj na trzech niewielkich, leśnych jeziorkach przy trasie Kostrzyn Wlkp. - Gniezno.
Wychodzę z auta i cała złość mija. Kapitalnie świeci słoneczko, wieje lekki wiaterek, który gdzieniegdzie marszczy wodę, śpiewają wiosenne ptaszki, a nad wodą, oprócz mnie, nie ma chyba nikogo. To lubię. Montuję wędkę, zakładam wodery, jeszcze łyczek gorącej herbaty. Będę łowił delikatnym spiningiem, 2,8 m do 13 g i żyłką 0,14. Mam zamiar używać lekkich dżigów  0,5-2 g, na które będę zakładał 2-, 3-cm twisterki i takież ripperki w różnych kolorach. Mam też kilka maleńkich obrotówek 00. Ten komplecik powinien skusić jakiegoś pasiaczka, jeśli tylko będą żerować. Stan wody jest po zimie dosyć podniesiony. Stanowiska są łagodnie pozalewane, a woda bardzo mętna. Idąc wzdłuż brzegu, słyszę z płytkich, dobrze nasłonecznionych miejsc chlupoty, to uciekają wygrzewające się ryby. Nie widzę, jakie, ale coś się dzieje, to dobry znak. Pierwsze rzuty wykonuję wzdłuż trzcin w pobliżu drzew zwalonych przez bobry do wody. Staram się łowić w miejscach płytszych, w których jest cieplejsza woda. Takiej dzisiaj rybom potrzeba.
Przez pierwsze półtorej godziny nie mam nawet puknięcia, za to na zaczepach zostawiam jedną obrotówkę i kilka gumek. Zmieniam przynęty dość często, szukam tej jednej, w którą w końcu coś uderzy. Po drugiej stronie jeziora dostrzegam trzech spławikowców. Chyba też im nie idzie za dobrze, bo odeszli od swoich stanowisk i wspólnie nad czymś debatują. W końcu dochodzę do miejsca, gdzie jesienią regularnie uderzały mi niewielkie szczupaczki i patelniowe okonki. Na gramową główkę zakładam białobrokatowego twisterka. Dzięki dobrze dobranym elementom zestawu, mogę nim całkiem ładnie rzucić. Kilka kolejnych rzutów, różne techniki obrazekprowadzenia, wolniej, szybciej, skokami, jednostajnie. W końcu się doczekałem, coś jakby stuknęło w gumkę, jednak nie jestem do końca pewien,  czy to było branie, czy kolejny zaczep. Wędka wygięta w pałąk, hamulec kołowrotka zaterkotał, ale dalej nic się nie dzieje. Zahaczyłem chyba o coś niedaleko od brzegu, na skraju trzcin w miejscu, gdzie zaczyna się otwarta woda. Trzymam tak kij jeszcze przez chwilę i nagle mój zaczep zaczyna się poruszać. Raz w lewo, po chwili w prawo, ale strasznie powoli, powiedziałbym anemicznie. Wiem, że mam rybę i to niemałą, ale nie wiem, jaką. Na pewno nie jest to drapieżnik, bo ten od razu dałby czadu.
Słyszałem, że na wiosnę na paprocha, jako przyłów, można trafić ładną płoć, wzdręgę, a nawet leszcza. Obstawiam grubego leszcza. Wszystko dzieje się kilka metrów od brzegu. Rybę trzymam na kiju i nie skręcam kołowrotkiem, żeby nie zmniejszać dystansu. Samym kijem staram się podciągnąć rybę do powierzchni, żeby ją zobaczyć. Mimo że woda w tym miejscu ma najwyżej półtora metra głębokości, nie udaje mi się odkleić ryby od dna.
Po krótkiej chwili ryba zaczyna delikatny odjazd na środek jeziora. Nie mogę za bardzo odpuścić, bo jak ryba wjedzie w trzciny, to mogę się z nią pożegnać. Dokręcam hamulec, jednocześnie unosząc kij do góry. Jest. Widzę przeciwnika, okazuje się nim niemały karp, szacuję go na 3 kg. Zastanawiam się, czy go wyciągnę na tym delikatnym sprzęcie. Nie mam podbieraka, nie mogę wejść do wody, jedyna szansa, jaką widzę, to zmęczyć rywala i później, korzystając z wysokiego stanu wody, wyślizgnąć go na brzeg. Karpia cały czas trzymam przy powierzchni i nie pozwalam, aby zszedł głębiej. Ryba ciągle walczy, starając się odpłynąć na środek albo ciągnie w pobliskie trzciny. Jest dobrze zahaczona. Dokręcam jeszcze mocniej hamulec i całą kontrolę nad rybą mam jedynie w wygiętym do granic wytrzymałości kiju. Karp pływa jakieś trzy metry ode mnie i nie mogę bliżej go przyciągnąć. W końcu mam go na wyciągnięcie ręki. Próbuję złapać za łeb, niestety jest za duży, nie mogę go objąć. Koleś się płoszy i ponownie odpływa od brzegu. Nie wiem, ile dokładnie było takich prób i jak to wszystko długo trwało, ale z czasem ryba coraz bardziej słabnie i w końcu chwytam ją pod skrzela i wydostaję na brzeg. Dopiero teraz mogę w całej krasie dostrzec piękno i wielkość złowionej ryby.
Waga pokazała 5,05 kg przy długości 63 cm. Karpiarze się uśmieją, rybka pięciokilowa, co to za wynik. Może karpik to niewielki, ale biorąc pod uwagę porę roku, sprzęt i przynętę nie jest to chyba coś, co zdarza się na co dzień. Dla mnie była to najbardziej emocjonująca oraz najbardziej niesamowita przygoda wędkarska. Nigdy nie myślałem, że wczesną wiosną na mikrogumkę zamiast okonia trafię pięciokilogramowego karpia. Miałem w tym dniu mnóstwo szczęścia. Myślę, że podobna historia nie przytrafi mi się drugi raz.
Chociaż …
Pozdrawiam wędkarską brać
Jacek Marciniak z Poznania