TROCHĘ O SPRAWACH RÓŻNYCH I O RYBACH

Pierwszy raz w życiu byłem w takiej sytuacji, że łowiłem codziennie przez ponad dwa miesiące. Do granicy z Niemcami szło mi bardzo kiepsko...


obrazek Od pierwszego dnia spływu nie wypuszczałem wędziska z ręki. Ani razu nie próbowałem łowić na spławik chociaż takową wędkę miałem. Kilka razy wędkowałem w nocy - polowałem na suma, ale bezskutecznie. Cały czas spiningowałem, więc jeżeli mam cokolwiek do powiedzenia to wyłącznie o rybach drapieżnych, a o białorybie tyle co zasłyszałem od innych wędkarzy.

Za plecami zostawiłem Krosno Odrzańskie (na tym skończyłem opowiadanie o kilku odrzańskich marinach). Płynąłem w kierunku granicy polsko - niemieckiej. Uwagę zaprzątało mi zaopatrzenie w wodę i, przez ostatnie dni, w gaz. Z wielkim zdziwieniem przyjąłem, że w Krośnie, położonym niemal w środku rejonu, do którego zjeżdża na wakacje, z całej Polski, tysiące turystów, nie można napełnić w gaz butli turystycznej. Ale, że popłynąłem Odrą nie dla problemów jedynie dla przyjemności w każdej sytuacji mówiłem sobie "jakoś to będzie".
obrazek20 kilometrów za Krosnem wpływa do Odry Nysa Łużycka. Od tego miejsca rzeka staje się graniczna. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że to miejsce będzie dla mojej wyprawy nie tylko geograficznym punktem, ale swoistym wędkarskim zwrotem kończącym pierwszy etap spływu.
Każdy Nadzór Wodny ma swoją przystań do której można się „przytulić”.
---
Pierwszy raz w życiu byłem w takiej sytuacji, że łowiłem codziennie przez ponad dwa miesiące. Do granicy z Niemcami szło mi bardzo kiepsko. Gdybym miał się żywić złowionymi rybami umarłbym z głodu. Spływałem w trakcie upałów, ale wędkowałem w przedświcie i wieczorem, oczywiście za dnia również. Przynęt miałem co niemiara i wszystkie pod ręką bo zawsze wędkowałem z łódki. Mieszałem w pudełkach, wybierałem przynęty optymalne do sytuacji, ustawiałem łódkę zgodnie z doświadczeniem zdobytym przez dziesięciolecia wędkowania w Odrze, wreszcie co najważniejsze na rybach, czas mnie nie gonił... . Słowem starałem się jak mogłem, ale rybek jak na lekarstwo tylko...

...tylko komarów bez liku.
O tym koniecznie muszę napisać bo to problem numer 1. Chociaż była susza i panowały upały to wydałoby się, że komarów nie powinno być dużo. Niestety, otaczała mnie woda, bagna, trzcinowiska i często wpływałem nawet w najmniejsze odnogi - starorzecza.
obrazekZ komarami dawałem sobie radę na dwa sposoby. Na ciało miałem dezodorant MOSBITO. Używałem go wieczorem, kiedy najbardziej się nade mną pastwiły. Kiedy kładłem się spać dodatkowo stosowałem własny patent. Do szyjki szklanej butelki wkładałem knot zrobiony z bardzo mocno zrolowanego i ugniecionego papieru toaletowego. Na butelkę wciskałem pet po wodzie mineralnej z którego odcinałem denko i kawałek szyjki - powstawała ochrona przed opadającym popiołem i osłona przed wiatrem zmniejszająca obrazekszybkość spalania. Kiedy kładłem się spać, a spałem pod namiotem zamocowanym na łódce na pałąkach i otwartym od strony rufy, zapalałem papierowy knot. Tlił się przez pół godziny, dawał łagodny dym, wystarczający jednak na pogonienie komarów. Na śpiwór, przy głowie, nakleiłem kilka listków Mosbito. Nie miałem więc problemów z komarami.
W dzień dym już nie wystarczał, kiedy wpływałem w starorzecza i w cieniu drzew szukałem rybek. Tam komary były wyjątkowo zajadłe, ale spray w zupełności wystarczał.
obrazek Polecam MOSBITO bo doskonale się ten środek sprawdził. Ma przyjemny korzenny (wanilia i cynamon) zapach i to jest jego dodatkowym atutem.





Siedliska
obrazekTak można nazwać niektóre miejsca nad Odrą. Widoczne są z daleka. Czasami dają się pomylić z obozem harcerskim wielkomiejskiej chorągwi - tyle ludzi na brzegu. Oczywiście za plecami wędkujących stoją samochody, nieomylny dowód wygodnego dojazdu. A jakiś kawałek za takim miejscem, kilometr, dwa nie ma na brzegu nikogo. Czasami przemknie spiningista, albo na zasiadce jest miejscowy, łatwo rozpoznawalny po rowerze lub motocyklu.
obrazek obrazekTe siedliska - obozy, mają jednak dla wędkarzy ogromną zaletę. Może nie kameralnie się wypoczywa bo dużo hałasu i dymu z grilowania, ale na pewno rzeka jest bardzo dobrze zanęcona "bo miastowe są bogate". Zawsze jakaś rybka im wpadnie i są zadowoleni, a miejscowi mają o wiele większą pociechę. Dobrze widzą jak wiele karmy i w którym miejscu powędrowało do wody. Wiedzą również, że jeszcze w poniedziałek nie ma po co. Ale we wtorek, kiedy się uspokoiło, choćby wiatr wiał ze wschodu, brania będą bardzo dobre. Nałowią się leszczy, czasami wpadnie karpik, których w Odrze więcej niż płotek, w takim miejscu chętnie melduje się amur, bo któryż gatunek białorybu do darmowego koryta nie ściągnie.
obrazekMożna więc brzegi Odry podzielić, wprawdzie umownie, a podział ten obowiązuje na całym biegu rzeki: na miejsca do których wędkarze mogą dojechać i takie do których docierają nieliczni, potrafiący zadać sobie trochę trudu.
obrazekMamy więc łowiska zadeptane i niemalże dzikie. Kij ma jednak dwa końce. W miejscu zadeptanym niemal z marszu zawsze jakaś rybka padnie. Ryb bowiem jest więcej w miejscach uczęszczanych, czytaj: częściej zanęcanych.
Dzikie miejsca mają ciszę spokój, ale dopiero po kilkudniowym nęceniu dają szansę złowienia dużej ryby, najczęściej karpia, które nęcone są kukurydzą i słodkim łubinem. Korzyści z nęcenia tymi ziarnami są też takie, że w łowisko wchodzą, jako pierwsze, leszcze. Po kilku dniach meldują się karpie i wtedy zaczynają krążyć opowieści o łodziach podwodnych.
obrazek