KARPIE ZE ZBIORNIKA ZAPOROWEGO

Karpie łowię w Kozielnie. Jest to 270-hektarowy zbiornik zaporowym na Nysie Kłodzkiej koło Paczkowa. Ma łagodnie opadające brzegi, gdzieniegdzie są trzcinowiska i niewielka ilość podwodnych roślin, dno jest przeważnie twarde i urozmaicone.










Łowię na podwodnych wypłyceniach, które maja płaskie szczyty sięgające od dwóch do czterech metrów pod powierzchnię. Wyszukuję je opływając łowisko pontonem. Pomagam sobie echosondą. W Kozielnie blatów jest dużo, ale nie wszystkie są tak samo dobre. Wierzę echosondzie, ale gdy już jakieś obiecujące miejsce znajdę,  to jeszcze je sprawdzam uderzając w dno zawieszonym na sznurku ciężarkiem. Kiedy słyszę, że dzwoni o kamienie, to znak, że znalazłem odpowiednie łowisko.
Najlepsze są blaty średniej wielkości, mające około dwustu metrów kwadratowych. Zwykle karpie pokazują się na nich już na czwarty dzień po zanęceniu i przypływają tam przez cały sezon aż do zimy. Na większych blatach trzeba je nęcić znacznie dłużej, na mniejsze wpływają na krótko, a brania zwykle kończą się po tygodniu.
Blisko blatu powinny się znajdować zatopione krzaki lub drzewa, w nich bowiem duże karpie znajdują schronienie. Tam odpoczywają i stamtąd wypływają na żerowisko. Miejsce,  w  którym nęcę, jest od takich kryjówek oddalone o kilkadziesiąt metrów. Inaczej bym dużego karpia po zacięciu nie wyhamował, poszedłby w zaczepy. Dużego karpia trudno jest na siłę zatrzymać, prędzej strzeli coś w sprzęcie. Dlatego trzeba dać mu  kilkadziesiąt metrów na ucieczkę, żeby go  zmęczyć i zawrócić.
Odległość miejsca nęconego od stanowiska nie ma większego znaczenia, bo zestawy i tak wywożę pontonem. Tak samo zanętę. W pierwszym dniu nęcenia wrzucam dziesięć kilogramów gotowanej kukurydzy, dwa kilogramy gotowanych konopi i kilogram proteinowych kulek o smaku truskawki, scopeksu albo wanilii. W następnych dniach porcję ziaren zmniejszam o połowę, a ilość kulek zostawiam bez zmian. Kiedy zaczną się regularne brania - co dowodzi, że karpie się w łowisku zadomowiły - codzienna porcja zanęty składa się z trzech kilogramów kulek i kilograma konopi.
Zestawy wywożę również wtedy, kiedy mógłbym je zarzucić. Robię tak,  ponieważ po położeniu zestawu w łowisku obsypuję go dwiema garściami truskawkowego pelletu. Pellet nie tylko wabi ryby, lecz także maskuje przed karpiami leżący na dnie zestaw. Rozpuszcza się przez kilka godzin i w tym czasie jest to miejsce  najsilniej wabiące zapachem.
Wybrane łowisko oznaczam na powierzchni markerem, który pozwala precyzyjnie trafić w to samo miejsce z zanętą i zestawem. Pierwszą porcję  zanęty  rozrzucam w promieniu kilkunastu metrów. Dopiero w kolejnych dniach zmniejszam ten obszar do pięciu metrów kwadratowych, żeby karpie skupiały się  przy zestawach.
W dobrze wybranym i należycie nęconym łowisku karpie zwykle zjawiają się na czwarty dzień. Żeby nie czekać, aż duże karpie się oswoją, robię im ścieżki  pokarmowe prowadzące od ich kryjówek (np. zatopionych drzew) aż do nęconego pola oznaczonego markerem. Co metr wrzucam do wody garść gotowanej kukurydzy. Jeżeli dobrze przewidziałem, gdzie się karpie kryją,  to pierwsze branie dużej ryby może nastąpić już po kilku godzinach. Ścieżki zanętowe robię przez dwa pierwsze dni. Później nie ma takiej potrzeby, bo jeżeli karpie znajdą gdzieś jedzenie, to dobrze to miejsce zapamiętują.
Najczęściej łowię na kulki proteinowe. Na jedną wędkę zakładam taką, jaką wrzucam w łowisko. Kulka na drugiej wędce pachnie znacznie mocniej. Jeżeli brań nie ma,  to zmieniam ją na kulkę o innym smaku. Nęcenie sprawia, że na dnie leży wiele kulek o jednakowym smaku i zapachu. Jest więc szansa, że nową, zupełnie inną kulką karpie się szybciej zainteresują. Używam kulek o różnych smakach, bo stwierdziłem, że gdy się łowi karpie, to żadne reguły nie obowiązują. W środku lata mogą mieć ochotę na kulki o zapachu kraba lub ryby, a  przecież wielu karpiarzy uważa, że kulki mięsne są skuteczne wiosną i jesienią, latem zaś  tylko owocowe.
 
Żeby mieć wyniki, trzeba stosować kulki dobrej jakości. Sprawdzam  to za pomocą prostego testu. Wkładam kulkę na 10 godzin do wody, później wyciągam i wącham. Jeżeli nadal pachnie, to  jest dobra na haczyk. Jeżeli straciła aromat, nadaje się tylko do nęcenia. W ostatnich latach najlepsze wyniki zapewniały mi  kulki Roda Hutchinsona. Są bardzo drogie, 0,75 kg kosztuje około 50 zł, ale  dobre, bo po wyjęciu z wody pachną tak samo mocno jak świeżo kupione. Najlepsze wyniki miałem na kulki tej firmy o nazwie Mulberry (zapach morwy). W tym roku łowiłem jednak na kulki własnej produkcji. Okazały się lepsze. Złowiłem na nie więcej karpi, a robię je z miksu czeskiej firmy Jetfish o zapachu kałamarnicy.
 
W Kozielnie karpie biorą aż do późnej jesieni, ale gdy  woda robi się chłodniejsza, trzeba je   nęcić  coraz skromniejszymi porcjami i łowić na mniejsze przynęty lekko podniesione nad dno. Od połowy września na pierwsze nęcenie sypię dwa kilogramy kulek, dwa kilogramy drobnego pelletu (12 mm) o smaku ryby lub raka i kilogram gotowanej kukurydzy. W kolejnych dniach zmniejszam ilość zanęty o połowę i rezygnuję z kukurydzy. Jesienią karpie wolą przynęty mniejsze, pływające, umieszczone około półtora centymetra nad dnem. Jeżeli nadal kapryszą, na włos zakładam pellet haczykowy. Jest to dobra przynęta, ale często biorą na nią leszcze i małe karpie.
 
Stosuję proste zestawy. Na żyłkę 0,30-0,35 mm nasuwam miękką rurkę antysplątaniową o długości 40-45 cm z bezpiecznym klipsem do mocowania ciężarka. Wiążę do niej krętlik, a do niego przypon wykonany ze specjalnej tonącej plecionki, krótszy od rurki.
 
Najczęściej łowię w nocy, ale przekonałem się, że nie ma lepszej i gorszej pory żerowania karpi i brań można się spodziewać przez całą dobę. Karpie najlepiej żerują, kiedy ciśnienie wynosi 1000-1005 hPa i na tym poziomie utrzymuje się przynajmniej trzy dni. Korzystna jest niewielka fala i zachodni lub południowo-zachodni wiatr.
 
W nęcone dla karpi łowiska często wpływają amury. Poznaję to po braniach, bo nie mogę ich zaciąć. Amury nie wsysają od razu kulek, tak jak karpie, lecz chwytają je do pyska i odpływają, żeby połknąć je gdzieś ze  spokojem. Wynika z tego,  że do zacięcia amura potrzebny jest inny zestaw niż na karpie. Ciężarek musi być zamontowany przelotowo, żeby amur nie poczuł oporu w czasie brania, a przypon znacznie dłuższy, przynajmniej półmetrowy, i obowiązkowo z przezroczystej żyłki, najlepiej fluorokarbonowej.
Bogusław Kubisz Ziębice
(WS)