JEDEN PSTRĄG


Najpierw zobaczyłem na powierzchni narastający klin wody za przynętą, a dopiero później na kiju poczułem uderzenie. Pstrąg zebrał błystkę i natychmiast zawrócił próbując zejść z prądem...

obrazek
Stałem nad brzegiem pstrągowej rzeki i z uwagą przyglądałem się wodzie. Była wyraźnie podniesiona. Łowić w podobnych warunkach to dla mnie nie pierwszyzna, ale tym razem zaniepokoił mnie brunatny kolor rzeki. Może jednak wyjdzie mi to na dobre? Zauważyłem też, że poziom wody ciągle się podnosi, była więc nadzieja, że pstrągi nadal będą żerować.
Właściwie to przyjechałem tu nie na pstrągi w ogóle. Ściągnął mnie jeden konkretny pstrąg, znany mi od dawna. Uganiałem się za nim już od dwóch lat. Siedział w dołku głębokim na prawie dwa i pół metra. Tam niestety nie żerował, choć zdarzało mu się lekko dotknąć przynęty. Tylko raz było to nieco solidniejsze puknięcie, po którym przez kilka sekund miałem go na wędce. Nigdy mi się jednak nie pokazał.
Ze swojego dołka robił wypady na płytką wodę, by zapolować na drobnicę. Przy normalnym stanie rzeki czatował na zdobycz tuż za garbem. Miał tam doskonały punkt obserwacyjny. W żaden sposób nie można się było do niego zbliżyć. Gdy tylko w polu widzenia pojawił mu się jakiś cień, natychmiast uciekał do swojej kryjówki. Może więc woda podniesiona i mętna, taka jak dziś, okaże się moją szansą? Postanowiłem spróbować.
Powoli się do niego zbliżałem. Rzucałem obrotówką long nr 2, która na taką wodę wydała mi się najodpowiedniejsza. Nic się jednak nie działo. Byłem już blisko zakrętu, za którym do dołka z pstrągiem pozostawało zaledwie kilka metrów. Zdwoiłem ostrożność. Postanowiłem obłowić zakręt, a potem na kolanach podejść do jego rewiru. Rzuciłem. Błystka upadła po drugiej stronie rzeki i natychmiast zaczęła pracować. Minęła środek nurtu i powoli zbliżała się do mojego stanowiska, gdzie było wyraźne wypłycenie. Gdy wchodziła już w brzeg, uniosłem wędkę i jednocześnie zakręciłem korbką kołowrotka. Błystka podeszła pod samą powierzchnię.
I wtedy nastąpił atak.
obrazekNajpierw zobaczyłem narastający klin wody za przynętą, a dopiero później na kiju poczułem uderzenie. Pstrąg zebrał błystkę i natychmiast zawrócił próbując zejść z prądem. W odpowiedzi na moją kontrę wystrzelił na jakieś 60 cm w górę. Miał ze trzy kilogramy. Rzucił się w stronę drugiego brzegu, że jednak rzeczka jest tu wąska, zaraz wszedł na płyciznę. Odbił więc do środka i zaczął się przewalać. Wtedy już wiedziałem, że będzie mój. Powoli go przyciągnąłem, a potem się schyliłem, żeby wyjąć zdobycz z wody. Chwyt zupełnie mi nie wyszedł i wtedy pstrąg szarpnął. Przejechał z metr na ogonie, a błystka wystrzeliła mu z pyska. Zamarłem. Pstrąg przez chwilę też stał spokojnie, potem powoli zniknął w rzece.
Nawet nie próbowałem go łapać. Coś mnie powstrzymało. Przecież i tak z nim wygrałem, mimo że nie znalazł się na brzegu. Przechytrzyłem go, zmusiłem do popełnienia błędu i pochwycenia sztucznej przynęty. To mi wystarczyło.
Zbigniew Rojek