JENISEJSKIE WĘDKOWANIE

Były to głównie szczupaki. Z brzegu, na blaszkę. Bywało, że tradycyjna wahadłówka zawodziła. Wtedy rzucałem obrotówkę. Nigdy nie wracałem z pustymi rękami. No dobrze – raz się zdarzyło.
Miałem okazję uczestniczyć  w pracach terenowych prowadzonych w środkowej Syberii przez  stację biologiczną Rosyjskiej Akademii Nauk. Spędziłem tam cztery miesiące.
 Stacja znajduje się w niezamieszkanej wioseczce nad brzegiem Jeniseju, ponad 700 km na północ od Krasnojarska. Podczas poprzednich wyjazdów do Rosji zawsze zabierałem ze sobą spinning, miałem więc doświadczenie. Byłem raz nad wodą  nie dłużej niż  dwadzieścia minut i przyniosłem dwa szczupaki. Kolejny raz godzinka i cztery sztuki. Przeważnie były  w granicach czterech -  pięciu kilogramów, ale ósemki też się zdarzały. To  wystarczyło, żeby  mianować mnie  dyżurnym  rybołowem. Odtąd  do  moich powinności na stacji należało zaopatrywanie kilkunastoosobowej załogi w świeże ryby.

Syberia budzi dość jednoznaczne skojarzenia: trzaskający mróz, mlecznobiałe przestrzenie i śnieżne zamiecie. Prawda, kraina ta przez większą część roku spoczywa w lodowatych objęciach zimy. W tajdze okalającej naszą wieś do połowy maja poruszałem się na nartach. Inaczej zapadałbym się w śniegu po kolana. Niemniej jednak na większym obszarze tej krainy krótkie syberyjskie lato jest ciepłe, a w niektórych rejonach nawet upalne.  Sam doświadczyłem 30 - stopniowych upałów.
Spacerując wzdłuż piaszczystego brzegu Jeniseju łowiłem głównie szczupaki, które przesiadywały w jamach pomiędzy piaszczystymi ostrogami. Zdarzało się, że wracałem z niczym, na ogół jednak przynosiłem dwie ryby ważące po parę kilogramów każda. Z grubsza szacując, w czasie kilkumiesięcznego pobytu złowiłem około stu kilogramów samych tylko szczupaków.

Syberyjski spinning na …puszkę

Tutejsi autochtoni stosują ciekawą metodę połowu, szczególnie szczupaków. Potrzebna jest do tego  puszka. Mocuje się  do niej żyłkę,  potem ją na puszce nawija, a na drugim końcu wiąże  sporą wahadłówkę. Tak wygląda syberyjski spinning w stanie spoczynku. Żeby zrobić z niego użytek,  odwija się z puszki koniec żyłki (ten z blachą), przytrzymuje go kciukiem,  robi  solidny wymach  i rzuca blachę w nurt. Żyłka się przy tym z puszki odwija. Trzeba to kontrolować palcem, bo w tym spiningu tez się może zrobić broda.  Gdy blacha jest już w wodzie, ściąga się ją  nawijając żyłkę z powrotem na puszkę. Wszystko kwestia wprawy. Miejscowym idzie dobrze. Przyponów metalowych nie używają, bo nawinięta na puszkę żyłka jest tak gruba, ze żaden szczupak nie da jej rady.
Syberyjski spining ma sporo zalet. Puszka jest zawsze gotowa do użytku. Podczas przemierzania trudnego terenu (głazy, krzewy, strome brzegi, gęste lasy, wiatrołomy) wkłada się ją  do kaptura, więc  ręce są wolne. Jej wadą jest brak elastyczności. Ryba dość często się wypina, a co większy okaz  prostuje kotwice. Cała finezja holu sprowadza się do zasady twoja – moja. Mimo wszystko puszka w rękach tubylców jest narzędziem bardzo skutecznym.

Sposób na życie  ze strzelbą i siecią

Jenisej to wielka rzeka, żyje w niej 46  gatunków ryb. Wiosną, do końca czerwca, stawialiśmy sieci. Nie licząc szczupaków, wyjmowaliśmy z nich białorybice (Stenodus leucichthys nelma), miętusy, okonie, jazie, rzadko zdarzał się sterlet (Acipenser ruthenus marsiglii). Występuje tu również jesiotr syberyjski (Acipenser baeri stenorrynchus). Połów jesiotrowatych jest teraz w Jeniseju zabroniony, więc  te ryby wracały  do wody. Zakaz wprowadzono dlatego, że liczba jesiotrów ciągle spadała. Przyczyniło się do tego kłusownictwo, uprawiane  niemal na całej długości rzeki.
Rybołówstwo to codzienne zajęcie tutejszej ludności, ale  głównie w ciepłym okresie roku. Zima natomiast to żniwa dla myśliwych. Wędrując przez tajgę nieraz trafiałem na malutką chatkę wzniesioną z grubych bali. W środku prosty żelazny piecyk, drewniana ława, stolik, pieniek zastępujący krzesło. Bardzo surowo, iście po  spartańsku. Taka  typowa myśliwska chata jest  przez długie i bardzo zimne miesiące jedynym schronieniem dla człowieka, jego psa i zapasów, które tu  jesienią przywiózł.
Na Syberii myślistwo to nie hobby, jak  w Europie. To zawód,  ważne  źródło  utrzymania. Myśliwi, czasami w kilku, spędzają w swojej chacie z grubsza pół roku, zależnie od wielkości łowieckiego rewiru. Kontrolują potrzaski zastawiane na ścieżkach wiodących z jednej chaty do drugiej. Każdy myśliwy, poza strzelbą, ma u swego boku niewielkiego psa łajkę, który jest tak ostry, że odpędzi nawet niedźwiedzia, a taki mądry, że i przemyślnego sobola wystawi na strzał.

Kolorowe lipienie
Uczestniczyłem w dwóch wyprawach udających się  w górę małych prawobrzeżnych dopływów Jeniseju. Mają one, przynajmniej na niektórych odcinkach, charakter górski. Skoro tak, to powinny w nich być ryby łososiowate. Faktycznie, najczęściej trafiały się lipienie syberyjskie (Thymallus arcticus),  występujące również na Alasce i w Kanadzie. Tutaj  dorastają do pół metra długości i mogą ważyć nawet kilogram, zwykle jednak nie przekraczają połowy tej wagi.
Lato było  deszczowe. Od dłuższego czasu poziom wody w rzekach  był wysoki i wciąż wzrastał.  Ryby nie chciały brać. W końcu jednak padać przestało,  woda się zatrzymała, potem zaczęła opadać i ryby się ruszyły. Chyba nigdy nie zapomnę pewnego mojego łowiska. Nurt rzeki był tam piekielnie wartki. Wystające głazy, piana, szum rwącej wody zagłuszający  myśli... Niezwykły był również brzeg rzeki. Leżały na nim wilgotne, śliskie skalne płyty opadające wprost do wody, niekiedy pod kątem około 30 stopni. Miejscami, zwłaszcza w  szczelinach, rósł mech. Tuż za plecami miałem kilkumetrową skalną ścianę. Rwąca kipiel przelewała się miedzy głazami, a ja wyciągałem jednego lipienia za drugim. Piękne okazy, same czerwonawe samce z wielkimi płetwami grzbietowymi ukraszonymi na niebiesko i czerwono. Wyłowiłem jakieś dziesięć sztuk, wszystkie  po pół kilograma.  Moją obrotówkę wrzucałem do względnie  spokojnej wody za sterczącym pionowo głazem,  wielkim jak mostowy filar. Tuż obok przebiegała  granica między nurtem wartkim i spokojnym - coś, co lipienie lubią najbardziej.

Tajga -  spiżarnia północy
Tajga nie jest  urodzajna ani gościnna. W środkowej Syberii okres, kiedy słupek rtęci nie spada poniżej zera, trwa zaledwie  90 dni w roku, a bywa, że jeszcze mniej. Podczas tego  krótkiego lata dojrzewa tutaj aż osiemnaście gatunków owoców. Poczynając od borówek, poprzez czarną i  czerwoną porzeczkę, na bażynie kończąc. Do tego dochodzą jeszcze orzeszki, czyli  nasiona sosny i  limby syberyjskiej, na którą  Rosjanie mówią kiedr (cedr). Z prawdziwym cedrem ma ona tylko  tyle wspólnego, że też należy do rodziny sosnowatych. Szyszki limby  syberyjskiej  są duże, a zawarte w nich nasiona w twardej osłonce obfitują w tłuszcze i białka. Szyszki zbiera się jesienią, kiedy  zaczynają spadać z drzew. Robią to zarówno mieszkające w lasach zwierzęta, jak i miejscowa ludność. Kto zajmuje się tym z większą pasją, trudno stwierdzić.


Przedmiotem westchnień każdego wędkarza jest  żyjący w tutejszych rzekach  tajmen (Hucho taimen). Jest to największa ryba z rodziny łososiowatych, bardzo  waleczna, o niemal niespożytych siłach, patrolująca bystrza górskich rzek. Może dorastać do dwóch  metrów długości i ważyć 100 kilogramów.  Mnie się jednak nie poszczęściło, złowiłem tylko małego tajmenka, ważył około trzech kilogramów. Na szczęście kotwiczka mojej obrotówki nie utkwiła mu głęboko w pysku, więc szybko wrócił  do kryształowej wody potoku. Niemniej jeden z naszych, debiutant na polu wędkarstwa, spotkał się z okazem ważącym 12 kilogramów. Poradziliśmy mu,  żeby rzucał tam, gdzie się schodzą dwie niewielkie rzeczki. Posłuchał i nie pożałował.   Operacja wymagała udziału dwóch osób, ale zakończyła się pomyślnie.

Na spokojniejszych odcinkach tej górskiej rzeki trafiały się wszędobylskie szczupaki. W pewnym miejscu rzeka mocno się  rozszerzała,  tworząc podłużne jezioro z dość intensywnym przepływem wody. Pewnego razu we dwóch zabraliśmy nasze spinningi i wsiedliśmy do łódki. Podpływając do drugiego brzegu wyłączyliśmy silnik, a drewniana łódź, szorując dnem po podłożu, bezwładnie osiadła na kamieniach. Rozłożyłem spinning. W tym czasie mój towarzysz zdążył już zarzucić. Podprowadził błystkę pod burtę i rzucił ją ponownie, a ja tuż po nim. Obaj poczuliśmy na wędkach silny opór i dwa pięciokilowe szczupaki znalazły się w lodzi. W ciągu niespełna pięciu minut!
Wot, jenisiejskaja rybałka.
Karol Kustusch
Autor jest ornitologiem, pracownikiem naukowym Uniwersytetu Wrocławskiego.