BARIERA Z TEMPERATURY

obrazek
Termoklina nie ma stałej grubości. Zależnie od tego, jak duże jest jezioro, jaką ma głębokość i skąd najczęściej wieją wiatry, warstwa ta może mieć grubość od dwóch do kilkunastu metrów.



Wody jezior głębszych niż 8 metrów tworzą w lecie warstwy różniące się temperaturą. Zjawisko to nazywane jest stratyfikacją termiczną (stratyfikacja = uwarstwienie). Warstwa powierzchniowa ma 20 - 22 st. C, jest bowiem ogrzewana promieniami słońca. Zawiera też dużo tlenu, to z kolei zasługa roślin wodnych i wiatrów. Niżej znajduje się warstwa, zwana termokliną, która ma temperaturę od 18 do 13 stopni. Rozdziela ona ciepłą wodę powierzchniową od wody zimnej, a więc cięższej, która jest przy dnie. Termoklina nie ma stałej grubości. Zależnie od tego, jak duże jest jezioro, jaką ma głębokość i skąd najczęściej wieją wiatry, warstwa ta może mieć grubość od dwóch do kilkunastu metrów.
obrazek Dobrze jest poznać głębokość termokliny, bo daje to informację, gdzie mogą przebywać ryby.
Jak wiadomo, lubią one wodę i chłodną, i dobrze natlenioną, co nie zawsze idzie w parze. W głębinach, poniżej termokliny, woda jest wprawdzie chłodna, ale o tej porze roku zawartość tlenu jest tam bardzo często bliska zeru. Żadna ryba żyć tam nie może. Dlatego nawet te, które normalnie przebywają w strefie przydennej, teraz przenoszą się bliżej powierzchni. To dlatego latem łowimy leszcze w pół wody. Biorą przy tym jak oszalałe, bo rewiry pokarmowe znacznie im się zmniejszyły, zostały ograniczone do strefy przybrzeżnej. Podobnie jest z okoniami. Czeszemy dno jigami bez skutku, tymczasem one biorą dopiero wtedy, gdy wyciągana przynęta jest już blisko powierzchni. Okonie też podniosły się do górnych, dobrze natlenionych warstw wody.
Stratyfikacja termiczna stanowi duże utrudnienie dla tych, co posługują się echosondami. Przypomnijmy jak to działa. Wiązka ultradźwięków wysyłana z czujnika odbija się od podwodnej przeszkody, wraca do urządzenia i wywołuje na ekranie umowny obraz. Może to być znak rybki, półksiężyca lub jakikolwiek inny, zależy co zaprojektował konstruktor echosondy. O tym, co wyświetli ekran, decyduje gęstość przedmiotu, na jaki trafiły ultradźwięki. Tym przedmiotem może być również... woda, która zmienia swą gęstość zależnie od temperatury. Wygląda to mniej więcej tak: ultradźwięki dochodzą do pierwszej warstwy wody, która ma powiedzmy, 20 stopni. Część z nich się odbija i wraca do echosondy, reszta przenika głębiej i trafia na kolejną warstwę wody, która ma już tylko 15 stopni, a zatem większą gęstość. Część znowu się odbija i wraca, pozostałe zmierzają dalej... Skutek tego jest taki, że echosonda przekazuje nam fałszywe informacje. Na ekranie zobaczymy, że pod nami jest np. ławica ryb, ale na próżno będziemy po nie sięgać wędką, bo to wcale nie ławica, tylko warstwa wody o odpowiedniej gęstości.
Tego niekorzystnego zjawiska nie da się całkiem wyeliminować, ale można je ograniczyć stosując funkcję zoom (o ile sonda jest w nią wyposażona). Trzeba zmienić patrzenie z „normalnego” na „x2” lub „x4”, a zasięg ustawić na głębokość, z której nadeszły interesujące nas informacje. Zwężona wiązka ultradźwięków (na tym polega funkcja zoom) lepiej rozpozna napotkany przedmiot, a dzięki temu sonda dokładniej go zinterpretuje. Już z tego wynika bardzo praktyczny wniosek: największy pożytek z echosondy odniesiemy późną jesienią, kiedy temperatura wszystkich warstw wody się wyrówna. Kto nie chce tak długo czekać, niech posłucha, co o tym sądzą wędkarze zawodowi, którzy na echosondach zęby zjedli. Otóż radzą oni, by przed wyprawą skonfrontować rzeczywistość z jej obrazem pokazywanym przez echosondę. Można na przykład przymocować echosondę do pomostu, układać pod nią różne przedmioty i oglądać ich odbicie na ekranie. W głębokiej wodzie najlepiej dać po prostu nurka. Owi eksperci są zdania, że to poświęcenie warte jest wiedzy, jaką się tym sposobem posiądzie.