RECEPTĄ RECEPTURKA

obrazekEgzaminu nie zdał pęcak z zapachami, zignorowane zostały białe robaki i kanapki, a nawet tak dla brzany wspaniałe parzone płatki owsiane. Co w takiej sytuacji ma robić wędkarz?
Musi czekać i podpatrywać!


Stoję w Dunajcu i próbuję łowić brzany. Silny w tym miejscu nurt omywa mi wodery. Śmigam już dwie godziny i nic. Wypróbowałem wszystkie przynęty, jakie ze sobą miałem. Nie zdał egzaminu pęczak z dodatkiem nostrzyku ani  z zapachem czosnku. Zignorowane zostały białe robaki, kanapki (czerwony robak plus pęczak), a nawet parzone płatki owsiane z dodatkiem miodu. Wiem, że brzany tu są i że jest ich dużo. Co jakiś czas wyskakują w górę z charakterystycznym furkotem. Znam to miejsce doskonale. rzadko kiedy schodzę stąd bez ryby. Można tu łowić na ciężką gruntówkę i na przepływankę.
obrazek150 metrów wyżej woda przepływa przez kamienny próg. Pieni się przy tym i wściekle miota. Potem odbija wartkim szypotem pod drugi brzeg, gdzie natrafia kamienne umocnienie długie na 200 metrów. Przy kamieniach wypłukuje rynnę o głębokości dwóch metrów płynąc w niej w oszałamiającym tempie. Toczy przed sobą nawet wielkie kamienie oderwane od brzegu. Przy końcu umocnienia rozlewa się szeroko i wypłyca.
W samej rynnie można łowić tylko na ciężką gruntówkę. Żaden zestaw przepływankowy nie jest w stanie właściwie spływać, trzymając się dna. Cała trudność polega na tym, by wyprowadzić brzanę z rynny na spokojniejszą  wodę, gdzie głębokość wynosi 1-1,2 m. Mój zestaw to poręczne 3-metrowe wędzisko 5-15 g kołowrotek o stałej szpuli z zapasem 150 metrów żyłki 0,20 mm, spławik w kształcie kropli o wyporności dostosowanej do siły prądu, na przyponie żyłka 0,18 mm zakończona haczykiem nr 10.
Jak wiemy, nurt wody nie jest na całej przestrzeni od powierzchni do dna równomierny. Najsłabszy jest przy powierzchni i przy dnie, a najsilniejszy - jak wynika z mojego doświadczenia - na 2/5 głębokości licząc od dna. Prąd wody wybrzusza żyłkę, co opóźnia sygnał brania, a w konsekwencji także zacięcie. Naszym zadaniem jest tak rozmieścić obciążenie, aby zminimalizować wybrzuszenie, spowolnić spływ zestawu tam, gdzie nurt wody jest najszybszy.
Zestaw prowadzę 4 - 5 metrów od siebie. Przytrzymuję go na tyle, by haczyk z przynętą spływał przed nim, by ryba nie dostała po głowie ołowianym obciążeniem. W końcowej fazie, gdy zestaw zaczyna już spływać wachlarzem w stronę brzegu, przytrzymuję go trochę energiczniej (przynęta unosi się nad dnem), następnie popuszczam (przynęta opada na dno), odczekuję 2 - 3 sekundy i zacinam w ciemno. Robię to mocno, bo brzana ma twardy pysk. Branie objawia się nagłym zatrzymaniem spływu spławika, tak jak na zaczepie, lub spokojnym odjazdem w nurt.
Ponieważ zestaw prowadzę blisko, staram się nie wykonywać zbędnych ruchów, aby nie spłoszyć ryb. Czasem jednak specjalnie szuram nogami po dnie i puszczam smugę mułu.
Brzana jest jak kiełb, potrafi przyjść pod same nogi. Zazwyczaj ląduję ją wyślizgiem, a gdy nie chcę wychodzić na brzeg, stosuję podbierak muchowy z krótką rękojeścią. Do pasa mam przywiązaną siatkę, a z drugiej strony płócienny woreczek z białymi robakami albo pęczakiem.
Moja zanęta to nic szczególnego: mielone płatki owsiane, tarta bułka, otręby związane i dociążone mieloną gliną. Glinę należy dozować bardzo ostrożnie. Przedawkowanie spowoduje tak dużą twardość i spoistość kul, że bardzo długo nie zostaną rozmyte, a tym samym nie spełnią swojego zadania. Przed samym sklejeniem kul dodaję do zanęty białych robaków.
obrazekKule wrzucam powyżej mojego stanowiska tak, aby prąd wody zepchnął je tuż poniżej mnie lub naprzeciwko. Pierwszą z nich sklejam na haczyku i wrzucam do wody. Gdy przestanie spływać, ostrożnie wybieram żyłkę. W ten sposób się dowiaduję dokąd kule będą trafiać.
Pod względem kulinarnym brzana nie przedstawia dla mnie większej wartości. Mięso ma suche, z mnóstwem ości miedzymięśniowych. Te niedostatki wynagradza wspaniałą walką. To bardzo silny i wymagający przeciwnik, stosujący wiele forteli i walczący do końca. W tym właśnie miejscu, które tu opisałem, straciłem kiedyś 80-centymetrową brzanę, bo w samej końcówce holu kołowrotek nie wytrzymał; wygięła się zapadka i w efekcie pękła zaplątana na kabłąku żyłka. Tutaj też sześć lat temu obserwowałem hol brzany długiej na 107 centymetrów. Nie zgłoszono jej do żadnego wędkarskiego czasopisma.
Tym razem jednak w sumie po trzech już godzinach machania kijem, siatkę miałem nadal pustą. Byłem już zmęczony i zrezygnowany, gdy w polu widzenia pojawił się jakiś wędkarz. Uprzejmie się przywitał, a potem odszedł jakieś 40 metrów w górę rzeki. Po piętnastu minutach jego wędka się wygięła. Jak zdążyłem zauważyć, złowiona brzana miała grubo ponad pół metra. Parę minut później wyholował drugą.
Gdy po chwili zaczął ciągnąć następną, nie wytrzymałem. Nie zdejmując woderów poczłapałem do niego z prośbą, by powiedział, na co łowi. Wyciągnął zestaw z wody i podsunął mi pod nos. Na haczyku wisiała jakaś czarna wstążka długości trzech centymetrów i szerokości trzech milimetrów. Pomacałem. To była zwykła gumka recepturka. Takie same skrawki gumy trzymał w słoiku wypełnionym jakąś galaretowatą masą.
Podziękowałem i wróciłem na swoje stanowisko. Zabrałem plecak, wędkę i powędrowałem w stronę przystanku PKP. Po drodze jednak się zatrzymałem i spróbowałem jeszcze raz. W ciągu godziny na drobne, brązowe pijawki wyciągnięte spod kamieni złowiłem trzy brzany, od 48 do 67 cm. Wędkarstwo to sport, w którym nawet po dwudziestu latach wciąż jesteśmy zaskakiwani i wciąż się uczymy czegoś nowego. Może właśnie to pociąga mnie w nim najbardziej.
Zbigniew Rojek