WYCIECZKA ŻYCIA

Wycieczka życia - Lofoty, Norwegia
Dlaczego wycieczka życia? Jestem od 8 lat na emeryturze, więc zarówno z powodu odległości (około 3400 km), jak i ze względów finansowych (koszt 4000 zł), wyjazd ten był dla mnie wielkim wyzwaniem. Poświęciłem oszczędności kilku lat, ale było warto. W ciągu pięciu dni złowiłem tyle ryb, co w ciągu 40 lat wędkowania w Polsce.



Pierwszym problemem, jaki napotkałem, było skompletowanie załogi - czterech osób i samochodu. Dałem ogłoszenie w lokalnej telewizji, ogłosiłem się też w sklepach wędkarskich. Po dwóch tygodniach zgłosił się p. Adam, który już był dwa razy w Norwegii. Znalazł on następnych dwóch kolegów i pod koniec lipca mogliśmy wyruszyć w drogę.
Pojechaliśmy najpierw samochodem do Świnoujścia, stamtąd promem do Ystad, dalej raz lądem, raz wodą, przez Bodo i Moskenes do Balstad, położonego w pobliżu Nusfjord - znanej miejscowości rybackiej, wpisanej w 1976 roku na listę dziedzictwa kultury UNESCO.
Pierwszego dnia z powodu sztormu i deszczu pływaliśmy po porcie. Cztery małe makrele i dwa malutkie dorsze, które złowiliśmy, zjedliśmy ze smakiem na kolację. Były dużo smaczniejsze niż dorsze z Bałtyku.
Drugiego dnia przeżyliśmy prawdziwą przygodę. Wypłynęliśmy z portu małą łodzią z 40-konnym silnikiem. Silnik jednak szybko odmówił posłuszeństwa. Zgasł i nie chciał zapalić, a prąd znosił nas na małe skałki. Kilkakrotnie uderzyliśmy o nie, po czym zaklinowaliśmy się między dwoma z nich. Bałem się, czy nie zatoniemy, ale aluminiowa łódka dzielnie zniosła uderzenia. Na szczęście fala nie była duża. Los nam sprzyjał, bo okazało się, że jeden z kolegów "w cywilu" ma serwis silników spalinowych. Po godzinie naprawił silnik na tyle, by dało się o własnych siłach wrócić do portu.
W porcie zamieniliśmy łódź na większą, z kabiną i 130-konnym silnikiem, i z powrotem wyruszyliśmy na ocean. Łowiąc we trzech, mieliśmy po dziesięciu godzinach około 100 kg ryb. Największy dorsz mierzył 101 cm i ważył 10,5 kg. Większe sztuki albo rozginały haki, albo urywały pilkery.
Trzeciego dnia wyruszyliśmy o 11. Po godzinie mieliśmy 18 kg ryb, ale z powodu choroby morskiej jednego z nas musieliśmy wracać do portu. Wypłynęliśmy znowu popołudniu i przez sześć godzin wyciągnęliśmy 95 kg. Głównie dorsze, czarniaki, molwy i 20 makreli. Tym razem największy dorsz miał 102 cm i 11,8 kg. Korzystając z białych nocy, do portu zawinęliśmy dopiero o 23. O tej godzinie było tam tak jasno, jak w Polsce w pochmurny dzień.
Kolejnego dnia znowu na ocean i wyniki znowu bardzo podobnie: 90 kg w osiem godzin. Oczywiście wszystkie małe ryby, takie do kilograma, wypuszczamy do wody. Gdyby policzyć wszystkie, to myślę, że byłoby tego około półtorej tony. Nieraz na pilkerze i trzech przywieszkach wisiały cztery ryby jednocześnie. I tak rzut za rzutem.
Piątego dnia na morzu flauta. Ryby nie gryzły. 40 kg w pięć godzin, dodatkowo kilka ryb przez godzinę wieczorem. Szóstego dnia znowu lepiej - 70 kg w pięć godzin - ale niestety był to już koniec naszego wyjazdu.
Sześć dni na Lofotach minęło nam bardzo szybko, za szybko. Jak pisałem, łowiliśmy głównie dorsze, czarniaki, molwy, trochę makreli. Mnie udało się złowić też pierwszego w życiu złotego dorsza. Na Bałtyku to chyba prawdziwa rzadkość Długo po przyjeździe ręce bolały mnie od wyciągania ryb, a potem ich codziennego wieczornego filetowania. Przekonałem się, że najważniejsze rzeczy podczas wędkowania na Lofotach do mapka łowiska, GPS i echosonda. Bez nich ani rusz. Polecam taki wyjazd każdemu wędkarzowi.
Tadeusz Komicz
Zgorzelec