Zdjęcie znad wody

NALIM TO MIĘTUS, A NIE DORSZ


obrazekO rybach które wychodzą na łów, gdy psa żal z domu wypędzić.
---

W połowie lat 80. ubiegłego wieku studiowałem w Moskwie. O wędkarstwie nie miałem  bladego pojęcia. Był koniec stycznia lub początek lutego, srogi mróz - w granicach 30 stopni i dość silny wiatr.

---

Mieszkałem w akademiku niedaleko stacji metra  Nowoswobodskaja. Miałem tu wielu znajomych, ale tego poznałem w oryginalny sposób.  Niewiele o nim wiedziałem, chociaż byłem z nim na jednym roku. Któregoś dnia stanął w drzwiach mojego pokoju i zaczął opowiadać o łowieniu ryb.
Miał na imię Dima. Pozwolił mi mówić do siebie po imieniu po trzech szklankach – jak  wiadomo  prawdziwi Rosjanie nie używają mniejszych pojemników.
- Jutro jedziemy na ryby - ogłosił stanowczo.
- Jakie ryby, gdzie, kiedy, w taką pogodę? - to tylko niektóre z pytań, jakie zdołałem  wykrztusić. W końcu wyłgałem się jakimś zaliczeniem. Nie uwierzył.  - Jak nie, to nie. Jeszcze pożałujesz. I tyle go widziałem.
Pewnie bym  o zdarzeniu zapomniał, ale wkrótce potem odebrałem telefon z portierni. Dyżurna oznajmiła, że czeka na mnie pilna przesyłka. Na dole od dyżurnego milicjanta odebrałem coś opakowanego w gazetę. Odwijam  “Komsomolską Prawdę”  i widzę dwie ponadpółmetrowe, z marmurkowym deseniem ryby. Nie wiedziałem, co to za jedne, (że ryby poznałem po braku nóg). Z niewiedzy  wyprowadziła mnie dyżurna stwierdzając, że to niechybnie nalimy. Dodała też, że najlepsza z nich jest wątroba.
Wszystko stało się dla mnie  jasne, Moskwa jest przecież portem pięciu mórz, i to na pewno są dorsze. Niewiele się pomyliłem.
Ryby trafiły do zaprzyjaźnionych Rosjanek, a następnie na patelnię. Rewelacja. Coś jednak nie dawało mi spokoju. Dorsze tak daleko od morza? Sprawdziłem w słowniku - nalim to miętus, a nie dorsz.
Zadzwoniłem do Dimy z podziękowaniami i to mnie uwiązało do miętusów na następnych trzydzieści lat. Podziękowania przyjął i nie znoszącym sprzeciwu tonem zapowiedział, tym razem już wspólną, wyprawę na miętusy.
Miałem czekać na telefon, a w tym czasie zgromadzić jak najcieplejszą odzież. Buty walonki, czapkę uszankę Dima wziął na siebie. Sprzęt też.
Kilkakrotnie też wspomniał o zrobieniu zapasu 95-procentowego płynu rozgrzewającego, w który  Polacy mogli się zaopatrzyć w sklepie Baltony w ambasadzie. Jak twierdził, niezbędnego do rozpalenia ogniska. Pali jak diabli – mówił.
Na moje wątpliwości, że nie mam stosownych uprawnień wędkarskich, odpowiedział, że nie są  potrzebne. obrazekNa wodach  Rosji  może łowić każdy, członkom związku wędkarskiego przysługują jedynie większe uprawnienia (więcej wędek, więcej haczyków w zestawie itp.) . Ale to się zmienia, tak jak zmienia się i sama Matuszka Rossija.
Nie musiałem długo czekać. - Jutro o 15.00 na twojej stacji metra - padła komenda.
Godzina 15.00 to w metrze  początek szczytu. Składy pojawiają się co 15 sekund i wyrzucają z  siebie tysiące ludzi.
Dimy jednak w tym tłumie nie sposób było przegapić. W jednej ręce dzierżył potężny łom, w drugiej spore wiadro, na grzbiecie miał wypchany plecak. Ubranie raczej nie z salonu mody.
Nie miał problemów ze znalezieniem miejsca w wagonie. Potem jeszcze 30 minut autobusem, kwadrans piechotą i byliśmy na miejscu.
Mimo ciemności, na pierwszy rzut oka - zatylie, żeby nie powiedzieć zadupie. W oddali mrugają światła miasta. Mój przewodnik mówi, że jesteśmy nad kanałem imienia rzeki Moskwy. Miasto Moskwa, rzeka Moskwa, kanał imienia rzeki Moskwy. Durne to, ale za to jak interesująco brzmi.
Stanęliśmy, dla ochrony przed wiatrem, pod kępą drzew. Zmiana obuwia i nakryć głowy. Wiadro chowamy w śniegu. Plan jest taki: kujemy dziury w lodzie, zakładamy żywce i zapuszczamy je pod lód. Później pozostaje jedynie czekać. Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać. Kucie szło z oporami ale dawało przynajmniej uczucie ciepła.
Dziury gotowe. Dima wyciąga z plecaka trzy półmetrowej długości kołki średnicy 4-5 cm z nawiniętą około milimetrowej grubości żyłką. Na końcach żyłek spore kotwice,   40 cm od nich umocowane na stałe płaskie, 150-gramowe ciężarki. Długość zestawu ok. 30 metrów. Po zaczepieniu żywca za obie wargi zestaw wędrował do wody, a kołek wbijało się w ubity śnieg. Gdy nie ma śniegu,  kołek polewa się wodą z przerębli i czeka aż przymarznie do lodu. Żywcami były 7-10-cm płocie.
Wracamy pod drzewa, zestawy mamy sprawdzać, na zmianę, co pół godziny. Jednak  z początku pozostałem  biernym  obserwatorem. To było najdłuższe pół godziny w moim życiu – wiatr i mróz robiły swoje. Pewnie bym rana nie doczekał bez pomocy Dimy. Wyciągnął z  plecaka saperkę i zrobił ze mnie pomocnika zduna. Moim zadaniem było zbudowanie ze śniegu wału dla ochrony przed wiatrem. On w tym czasie miał dostarczyć na miejsce grzejnik, który przywiózł gdzieś tu jeszcze latem.
Śmigając saperką, kończyłem wał, kiedy nadszedł Dima z grzejnikiem. Była to stara opona od ciężarówki. Napchał do niej śniegu, polał skraj opony naftą i podpalił.
Zaskwierczało, zaśmierdziało i po chwili poczułem ciepło.
Przyszła pora sprawdzić zestawy. Dima łomem odkuł zalodzony przerębel i kilka razy szarpnął  żyłkę. Nic. Przy następnej przerębli - moja kolej. Szarpnąłem i poczułem na żyłce coś żywego. Ale na lód zdobycz wyholował, bez zbędnych ceregieli (co znaczy milimetrowa żyłka), doświadczony kolega. To był  miętus,  większy od tych, które dotychczas widziałem.
Wracamy z nim do naszego pieca. Najwyższy czas, szczękanie zębów zagłusza mi myśli. Dima składanym nożem rozcina miętusa od głowy do ogona i wyjmuje wnętrzności. Oddziela  wątrobę, wielkości dłoni i osusza ją gazetą. Kawałek siatki ogrodowej w stalowych ramkach układa  na oponie, na siatce patelnię, którą posypuje  gruboziarnistą solą. Na niej rozkłada połówki wątroby.
- A teraz  uradujemy ciało i duszę. Polewaj i nie żałuj!  Podstawił półlitrowy osmalony kubek. Nalałem  jedną czwartą. Odkroił kawałek wątroby i na nożu podniósł do ust.  W porządku  - dobra, wciągnął powietrze (znawca) i wychylił zawartość kubka. Tylko mu się oczy zaśmiały.
Kolej na mnie. Spróbowałem. Niebo w gębie, wątróbka rozpływała się w ustach jak wedlowska czekolada. Wychyliłem kubek. Paliło, zgodnie z zapowiedzią.
I tak do 4 rano - od przerębli do bufetu z wyszynkiem i z powrotem. Miętusów poległo, o ile jeszcze potrafiłem liczyć, osiem. Nie wszystkie zjedliśmy.
Powrót. Trzeba było widzieć miny przechodniów i pasażerów na widok sterczących z plecaka ogonów i łbów naszych ryb.
Rozstaliśmy się na stacji metra,  jak się okazało, na zawsze. Przysłał mi kartkę z Kamczatki; dostał tam skierowanie. Zawsze marzył o wodach Syberii. Zapraszał. Nie skorzystałem, z braku czasu i pieniędzy. W końcu i  adres się zawieruszył.
Dziękuję ci Dima.
Józef Michałczak