ZIMOWE LESZCZE

obrazek

Od kiedy nauczyłem się  łowić leszcze w ich zimowiskach, stało się to moją pasją. Najpierw szukam zimowisk. Z tym jest problem. Zimowiska są bowiem dobrze znane i odwiedzają je szarpakowcy, a ja nie mam zamiaru wędkować w ich towarzystwie.



obrazek

Łowię w Odrze koło Głogowa. To rzeka bogata w miejsca głębokie, więc na parę kilometrów jej biegu jest przynajmniej jedno zimowisko. Te najłatwiejsze do odkrycia są znane.  Łatwo bowiem wypatrzyć głęboki dół ze słabym uciągiem wody. Ale ja szukam nie dołów, tylko ryb. Ta odwrotność tylko pozornie nic nie znaczy. W rzeczywistości jest inaczej. Kiedy woda jest bardzo zimna, kilka brań w jednym miejscu świadczy, że  jest w tym miejscu jakieś skupienie ryb, choćby niewielkie. Ale złowienie ryby to dopiero początek.

Rozpoznaję to zimowisko. Nie da się bowiem ryb łowić tam, gdzie od nich gęsto. Ryby będą się ocierały o żyłkę, co wywoła dużo fałszywych brań. Biorę więc spławikówkę ze spławikiem 30 g. Nasuwam go na żyłkę jaskrawą, fluorescencyjną, o średnicy 0,30 mm, a na końcu uwiązuję sporą oliwkę. Przegruntowuję zestaw o pół metra w stosunku do najgłębszego miejsca, które wcześniej tym zestawem znalazłem i zaczynam sondowanie. Na napiętej żyłce powoli przeciągam oliwkę  po dnie. Każde uderzenie ryby o żyłkę dobrze widzę, bo żyłka jest jaskrawa. Przeciągając zestaw, po wyłożeniu spławika oceniam, jakie są w łowisku głębokości i w których miejscach ryb jest najwięcej. Muszę o tym dokładnie wiedzieć, bo od tego zależy, gdzie  zarzucę zestaw.


Łowię w takim miejscu, które znajduje się kilka metrów przed zimującymi rybami. Dodatkowo musi ono być tak usytuowane, żeby prąd wody niósł zapach zanęty w stronę ryb. Ma to duże znaczenie. Próbowałem łowić z różnych ustawień, ale najlepsze wyniki miałem wtedy, gdy łowiłem z prądem. Oto porównanie. Kiedy łowiłem pod prąd, to na brania czekałem po kilka dni,  zanim leszcze regularnie zaczęły odwiedzać miejsce, w którym znajduje się zanęta. Gdy w tym samym zimowisku łowię z prądem, dobre wyniki mam nawet z marszu i bez wcześniejszego nęcenia.  
obrazek

Na jedno wędkowanie potrzebuję pół kilograma drobno zmielonej zanęty. Najczęściej dodaję do niej waniliowy aromat lub Brasem Marcela van den Eynde i zraszam wodą tak, by była niezbyt mocno związana. Jeszcze w domu robię kule wielkości mandarynki. Zimą nie stosuję koszyczka, lecz zanętą oklejam ciężarek. Pomaga to zwabić ryby do haczyka z przynętą i jednocześnie maskuje ciężarek. W tym celu specjalnie odkładam trochę zanęty, dodaję do niej dużo kleiszcza (najczęściej zmielonego ryżu) i mocniej nawilżam. W zimie leszcze biorą bardzo delikatnie, a leżący na dnie koszyczek wypełniony zanętą stawia biorącej rybie opór większy niż ołowiany ciężarek.
Łowię na drgającą szczytówkę. Rodzaj wędziska nie ma znaczenia, ważne, żeby miało bardzo delikatną szczytówkę. Najlepiej z włókna szklanego, bo wtedy jest bardziej miękka, a przez to delikatniejsza i stawia biorącej rybie mały opór.

W sprzedaży nie ma odpowiednio miękkich szczytówek, więc robię je sam. Kupuję gotowe i po rozbrojeniu szlifuję papierem ściernym, by uzyskać pożądaną grubość, a  zatem także  miękkość. Zamiast oryginalnych, mikroskopijnych przelotek zakładam większe, o średnicy 8 mm, robię je z Dentalu. Wprawdzie na cienkiej szczytówce wyglądają pokracznie, ale kiedy łowię na mrozie, wolniej pokrywają się lodem. Dodatkowo ich oczka smaruję wazeliną.

Po zarzuceniu zestawu wybieram luz żyłki, aż szczytówka delikatnie się wygnie. Uważam, żeby przy napinaniu żyłki nie przesuwać zestawu po dnie. Musi leżeć tak jak wpadł do wody. Nie wiem dlaczego, ale kiedy zimą zdarzyło mi się pociągnąć ciężarek po dnie, wyniki miałem gorsze. Brania są bardzo delikatne. Zwykle ugięta szczytówka się prostuje i to jest jedyny sygnał. Trzeba zacinać, bo silniejszego nie będzie. Rzadko są brania, kiedy leszcz zdecydowanie chwyta przynętę i mocno wygina szczytówkę.

Łowię na białe robaki. Na początku na haczyk zakładam dwie sztuki. Zwykle jest to dobra ilość, ale jeżeli żerowanie jest słabe, to  nawet dla sporego leszcza może to być porcja zbyt duża. Dlatego, kiedy  brań  nie mogę zaciąć lub gdy po jednym uderzeniu ryby zostawiają robaki, zmieniam je na dwie pinki. Jeżeli i to nie przynosi skutku, to łowię na jedną pinkę. Często dopiero wtedy zaczynam wyciągać leszcze.  Przy zmianie przynęty obowiązkowo zmieniam haczyk, bo wielkość przynęty i haczyka muszą być zgrane. Do dwóch białych najlepiej pasuje szesnastka, do dwóch pinek osiemnastka, do jednej  pinki dwudziestka. Najpopularniejsza zimowa przynęta, larwy ochotki, w moich łowiskach się nie sprawdzają, zwykle chwytają je jazgarze.

W zimie często sięgam po dipy. Choć to wabiki chemiczne, czasem pomagają przełamać niechęć leszczy do żerowania. Późną jesienią najlepiej sprawdza się dip Ochotka, w zimie skuteczniejszy jest Fishmeal.
Najlepszym materiałem na przypony jest żyłka fluorokarbonowa. Załamuje światło prawie tak samo jak woda, więc jest w niej prawie niewidoczna. Fluorokarbon jest niemal dwa razy cięższy od zwykłej żyłki, dlatego szybciej tonie. To  kolejna jego zaleta. Przypony robię z żyłki fluorokarbonowej o średnicy 0,10 mm. Długość zależy od prądu w łowisku. Gdy nurt jest równy,  bez zawirowań, mają po 1,5 metra. W wodzie wzburzonej, krążącej - metr. Obciążeniem zestawu jest 8-15-gramowy ciężarek w kształcie gruszki z krętlikiem. Wybieram jak najlżejszy, ale pod warunkiem, że pewnie kotwiczy zestaw na dnie rzeki.

Jan Nowicki
Głogów