Z KOSZYCZKIEM PO RZECE

obrazekŻeby wędkować z dobrym skutkiem, trzeba mieć bogate doświadczenie. W pojedynkę zdobywa się je latami. Nam,  klubowiczom z ul. Więckowskiego, szło to znacznie szybciej, bo zawsze łowimy w kilku.  Nie mamy przed sobą żadnych tajemnic, a na łowisku postępujemy  tak, by czas bez brań  jak najbardziej skrócić.


obrazek
Zachowanie się ryb w rzece zależy od  wielu czynników. Najważniejszy z nich  to pora doby. Ryby gdzie indziej przebywają  za dnia, gdzie indziej w nocy. W dzień są zawsze na środku rzeki. Mówiąc “rzeka” mamy na myśli Odrę. Tu są nasze łowiska,  tutaj zdobywaliśmy doświadczenie. Podobnie będzie z każdą  rzeką, która ma taką samą szerokość. Oczywiście nie zdołamy sięgnąć koszyczkiem środka Wisły,  ale w zasięgu rzutu zawsze jest wiele prądów,  które tworzą jakby rzekę w rzece. Jeżeli są one oddalone od brzegu co najmniej o trzydzieści metrów,  to właśnie tam należy w dzień szukać ryb spokojnego żeru.
Ryby jednak wcale się nie trzymają głównego nurtu, chyba że  płynie on środkiem rzeki. Jeżeli  bije w brzeg, to tam jest najgłębiej. Nazywamy to miejsce rynną. Wcale  to jednak nie znaczy, że właśnie w rynnie czekają na nas ryby. One są poza nią, na środku rzeki, nawet jeżeli tam jest znacznie płycej.
obrazekTę prawidłowość, że za dnia ryby są na środku rzeki,  odkryliśmy  po kilku latach wspólnego wędkowania. Taką samą drogą  doszliśmy do wiedzy, że w nocy ryb na środku rzeki nie ma! Tam, gdzie  w dzień łowiliśmy leszcze,  w nocy dawał się złowić co najwyżej okoń albo mały sum, nigdy leszcz, nigdy płoć.
Teraz łatwo o tym mówić, ale sporo czasu minęło,  nim stało się to dla nas całkiem pewne. Na nocne połowy  wybieraliśmy się z konieczności. W dzień większość z nas pracowała, a  znajomi się chwalili, że w nocy też holują bardzo ładne sztuki. Sądziliśmy, że jeżeli w dzień łowimy gdzieś  kilkukilowe leszcze,  to nocą w tym samym miejscu będą brać jeszcze większe. Rzeczywistość okazała się całkiem inna. W nocy duże ryby spokojnego żeru wypływają na płycizny. Jeżeli za dnia widać gdzieś małe ryby, to w nocy  na pewno będą tam duże, natomiast  małe znikną. Jakby się gdzieś schowały.
---
Łowienie z koszyczkiem w rzece wymaga dużej precyzji. Wprawdzie brania są bardzo dynamiczne, a zacięcia pewne (jeżeli się trafi w odpowiedni moment),  ale owa konieczna precyzja dotyczy nęcenia. Prąd wody szybko zanętę roznosi i żeby był z niej pożytek, trzeba ją podawać bardzo dokładnie.
Jak już wiemy, budowanie łowiska polega na jego  zanęcaniu. Największym koszyczkiem, czyli tzw. transportem (typy koszyczków pokazane są na str. 56) podajemy zanętę pięć - sześć razy. Rzucamy prostopadle do drugiego brzegu, na godzinę dwunastą, ale koszyczek musi się zatrzymać na godzinie pierwszej. Musi. Jeżeli pod naporem prądu zacznie spływać na godzinę drugą lub nawet  trzecią, musimy go zmienić i dać cięższy. Żyłkę mamy założoną za klips na szpuli. Koszyczek leci za każdym razem w tym samym kierunku, w tym samym momencie zatrzymuje się w powietrzu, uderza w to samo miejsce na  powierzchni wody i w tym samym miejscu opada na dno. Ta powtarzalność jest konieczna. Inaczej nici z łowienia.
obrazekWoda nie może roznosić zanęty daleko, bo ryby się  rozproszą. Jeżeli w koszyczek wciśniemy zanętę zbyt suchą, to prąd wyprowadzi ją poza łowisko, a razem z zanętą odpłyną ryby. 
Próbowaliśmy wielu sposobów. Rzucaliśmy koszyczek bardziej z prądem i bardziej pod prąd (gdy głębokość przekraczała cztery metry). Nie sprawdziło się ani jedno, ani drugie. Bez względu na głębokość rzeki i prędkość nurtu  trzeba rzucać na godzinę dwunastą, a koszyczek musi się zakotwiczyć na godzinie pierwszej.
Równie ważna jest konsystencja zanęty. W rzece używamy zanęt przeznaczonych  na wody stojące i kleju do nich nie dodajemy. Właściwą lepkość uzyskujemy przez nawilżenie. Zanęta nie może być za sucha,  bo duża jej część wysypie się już wtedy, gdy koszyczek uderzy o wodę,  a także  później, podczas opadania. Lepiej już, żeby była trochę przemoczona.  Wprawdzie wypłukiwanie  potrwa dłużej, ale koszyczek będzie już leżał na dnie. Tam prąd wody jest słaby, więc  drobiny zanęty zalegną w nierównościach gruntu i nie będą wynoszone poza zasięg przyponu. A jeżeli nawet spłyną,  to w ilości niewielkiej, akurat takiej, żeby powstała nęcąca smuga, która ryby z dalszej odległości sprowadzi w łowisko.
Poprzez wielokrotne podanie zanęty łowisko zostało zbudowane, pora zacząć łowić. Zmieniamy koszyczek na mniejszy.  Wcześniej trzeba go sprawdzić, bo on też musi się  zatrzymywać na godzinie pierwszej, to znaczy w już zanęconym polu. Do zestawu przywiązujemy przypon. Jeżeli  żyłka główna ma średnicę 0,18 mm, to  przypon 0,12 będzie w sam raz. Jego długość ma wynosić około 60 cm. Przypominamy o  patencikach  z firmy Stonfo. Dzięki nim  możemy  wygodnie, nie niszcząc żyłki, zawieszać na niej koszyczki, przede wszystkim jednak pozwalają one dowolnie wydłużać przypon (rysunek na str. 51).
Zaczynamy od przyponu o długości  60 cm z haczykiem nr 12, na który zakładamy pięć białych robaków. Robimy to  z wielką starannością. Nie byle gdzie i jak popadnie, bo później mogą być kłopoty z zacięciem. Robaka nabijamy od szerszej strony. Bierzemy go w palce i lekko ściskamy. Na tyle mocno, żeby z korpusu wyszło coś, co przypomina języczek. Właśnie w ten mały wyrostek wbijamy haczyk.  Jeżeli po kilku rzutach brań nie ma, zmniejszamy liczbę robaków na haczyku. Było pięć, zostawiamy trzy. Później dwa. Jest to najlepszy, bo najszybszy sposób dochodzenia do tego, co rybom najbardziej odpowiada.
Jeżeli brań nadal nie ma, zaczynamy wydłużać przypon. Najpierw o połowę, to znaczy do  90 cm. Przypominam, że zawsze łowimy w kilku. Kiedy brań nie ma, każdy zmienia coś innego. Idzie to szybko, bo chodzi tylko o zestaw i wielkość przynęty. Jakość zanęty nie ma większego znaczenia. W rzece każda jest dobra, byle ładnie pachniała i miała odpowiednią konsystencję.
obrazek
Wydłużając przypon, przynęty nie zwiększamy. Dokładniej mówiąc,  nie zwiększamy  ilości białych robaków, co najwyżej możemy ją zmniejszać aż  do jednego. Na razie jednak to się nie opłaca, bo trzeba by przywiązać inny, mniejszy haczyk. Po prostu bez interesowania się numeracją trzymamy się  zasady, że rozmiar haczyka powinien pasować do wielkości przynęty.
W krańcowych przypadkach przypon można wydłużyć nawet do trzech metrów. Zdarzało się nam już nieraz, że tylko przy tak długim przyponie leszcze dawały się złowić. Jednak trzymetrowy przypon to skrajność. Przeważnie krok po kroku dochodzimy do przyponów, które mają  2 lub 2,5 metra. Owe kroki nie przekraczają 50 cm.
Tutaj jest okazja odpowiedzieć na pytanie,  dlaczego od razu nie łowimy na długie przypony, skoro przy braku brań i tak się na tym kończy. Otóż, kiedy ryby są aktywne, skupiają się w polu nęcenia. Dokładnie tam, gdzie na dnie kotwiczy się koszyczek. Długi przypon wyniósłby przynętę poza obszar żerowania ryb. I sytuacja odwrotna. Z tego miejsca, gdzie zatrzymuje się koszyczek, część zanęty spływa do jakiejś obrazekprzeszkody. I właśnie za nią   są ryby. Można by powiedzieć, że długi przypon sam ich tam szuka.
Żelazna zasada: rzucać dokładnie w to samo miejsce, a gdy nie ma  brań, wydłużać przypon skokami po mniej więcej pół metra.
Kiedy dochodzimy do przyponu długości 2,5 metra i brań nie ma, przywiązujemy cieńszy przypon i  mniejszy haczyk, pasujący wielkością do jednego białego robaka lub do jednej pinki.
W trakcie wydłużania przyponu może się zdarzyć,  że z wody wyciągniemy wyssanego robaka. Od tego momentu przyponu już nie wydłużamy, lecz  wiążemy  do niego  mały haczyk na jedną pinkę. Taki zabieg potrafi wszystko zmienić. Tam, gdzie na haczyku znajdowaliśmy tylko resztki po robaku,  na  pinkę, jeden za drugim, zapinają  się kilkukilowe leszcze.
Przy  wydłużaniu przyponu trzeba uwzględnić bardzo ważny szczegół. Jeżeli go pominiemy, cały trud związany z budową łowiska pójdzie na marne. Otóż, gdy zwiększamy długość  przyponu,  musimy tyle samo żyłki odwinąć ze szpuli. Wyobraźmy sobie, że wydłużyliśmy przypon z 60 cm do 2,5 metra, czyli o 190 cm. Jeżeli  nie odwiniemy ze szpuli takiej samej ilości żyłki, będziemy łowić kilka metrów bliżej od tego miejsca, w które na początku  trafiał koszyczek.
Żeby łatwiej rozpoznawać brania, trzeba odpowiednio układać  i ustawiać wędziska. Próbowaliśmy  różnych sposobów,  zostaliśmy przy jednym. Po zarzuceniu na dwunastą i gdy koszyczek spłynie już  na pierwszą, ustawiamy wędkę na dwóch podpórkach prawie równolegle do wody, żeby szczytówka patrzyła na godzinę jedenastą. Jak już wspomnieliśmy, brania w rzece są bardzo dynamiczne, ale trzeba szybko na nie reagować. Większość ryb nim przynętę połknie, prowadzi  z nią jakąś grę wstępną. Szczytówka to sygnalizuje i w tej właśnie pozycji robi to najlepiej. Mamy więc moment na to, by się  do zacięcia przygotować.
---Próbowaliśmy ustawiać wędzisko pionowo do góry. Sądziliśmy, że dzięki temu da się łowić lżejszymi koszyczkami, bo woda będzie napierała na krótszy odcinek żyłki. Jakoś to nie zadziałało. Lepiej wybrać na brzegu takie stanowisko, z którego żyłka wejdzie  w główny nurt i nie będzie się moczyć w innym przybrzeżnym prądzie.
---Łowienie w rzece w dzień to bardzo ciężka robota. Co parę minut trzeba daleko rzucać i jeszcze się przy tym koncentrować. W porównaniu do dziennego, łowienie nocne to bajka. Rzuty nie muszą być dalekie,  często wystarczy kilkanaście metrów. Tylko z początku rzuca się  dużym koszyczkiem, który służy wyłącznie do podania zanęty. Później koszyczki są  mniejsze niż za dnia.
---Nocą ryby wpływają na płycizny i można sądzić, że są do tego biologicznie przystosowane. Sami jesteśmy tego najlepszym dowodem. Na brzegu wcale nie zachowujemy się przesadnie cicho. Oczywiście nikt nie robi  zbędnego hałasu, ale przecież trzeba często wstawać z krzesełka, zarzucać,  już nie mówiąc o podbieraniu ryb. Tupania przy tym trudno uniknąć. Można by więc przypuszczać, że  te ruchy na brzegu powinny ryby wypłoszyć. Nic podobnego. Są w łowisku  cały czas aż do świtu, a dokładniej mówiąc do chwili, kiedy na tle nieba można dostrzec wierzchołki drzew.
Wytłumaczeniem tego zjawiska wydają się same płycizny. Przebywa w nich mnóstwo  rozmaitych  małych stworzeń, aktywnych w godzinach nocnych. Właśnie wtedy duże ryby przypływają tam na żer. Jak do szwedzkiego stołu.
Jacek Amerski
Sławomir Zieliński
Notował WD