Zdjęcie znad wody

NASZE OPOWIEŚCI...

obrazek
Kiedy znajomy zaprosił mnie na leszcze, byłem pełen nadziei. - Chłopie, walą takie po trzy kilo!
Ilekroć słucham wędkarskich opowieści, zawsze pamiętam o przypisywanej nam, nie bez racji, bujnej wyobraźni. Czasami to jednak za mało, żeby z nich wyłuskać prawdę. Wtedy przypominam sobie morał z pewnego znanego dowcipu. W pewnych sportowych zawodach wystartowało dwóch zawodników - Amerykanin i Rosjanin. Amerykanin wygrał. Radziecka propaganda, komentując to wydarzenie, podała, że Rosjanin zajął zaszczytne drugie miejsce, a Amerykanin był przedostatni.
Ten żart jest świetnym przykładem na to, jak można manipulować faktami i jednocześnie nie skłamać. W naszym wędkarskim gronie ze sprytnie spreparowanymi informacjami spotykamy się na co dzień. Oto kilka przykładów.
Zacznę od siebie, bo mnie też się czasem zdarzało powiększać swoje wędkarskie dokonania. Gdy kolega spytał mnie kiedyś o jesienne szczupaki, odpowiedziałem mu: - No wiesz, stary, łowiłem takie do 70 centymetrów. - Oczywiście w tej kategorii mieszczą się i czterdziestaki, i pięćdzięsiątaki. Bez nich okazałoby się, że tamtej jesieni złowiłem tylko jednego sensownego szczupaka o długości 68 cm i to on tak wyraźnie obrazekpodniósł rozmiary moich zdobyczy.
Kiedy znajomy zaprosił mnie na leszcze, byłem pełen nadziei. - Chłopie, walą takie po trzy kilo! - zapewniał. Ja w tej samej rzece łowię najwyżej dwójki, a i to rzadko. Tak też było niebawem podczas naszej wspólnej wyprawy. Później przy piwie się okazało, że rzeczywiście łowił trzykilowce, tyle że jednego rok, a drugiego trzy lata temu.
Czasami za barwną opowieścią kryje się pospolite naruszanie prawa.
Byłem już solidnie zmęczony wpatrywaniem się w spławik, gdy usłyszałem przedzierającego się przez krzaki spiningistę.
- Dzień dobry - przywitał się.
- Dobry - odpowiedziałem.
- Co za nuda ten spławik... A na spining szczupaczek bije aż miło.
- Przecież jest kwiecień? - zdziwiłem się.
- Nooo, panie - spojrzał na mnie wyrzutem - przecież ja te ryby wypuszczam.
Na tym rozmowę skończył i poszedł. Gdy potem przechodziłem obok jego obozowiska, poczułem zapach smażonej ryby. Prawdopodobnie wypuszczał te szczupaczki na patelnię.
Innym razem z rozmowy z autochtonem dowiedziałem się, jak tydzień wcześniej brały sandacze:
- E tam, teraz to jeden, dwa dziennie, a parę dni temu to po trzydzieści, po czterdzieści się łowiło. Jak nie wierzysz, to spytaj Zenka.
Chciałem potwierdzenia, że zbiornik jest rybny, bo to zawsze dodaje zapału, ale Zenek wszystko zepsuł. W mało subtelny sposób, którego tu nie przytoczę, wyjaśnił, że nie chodziło bynajmniej o sztuki, tylko o centymetry łowionych sandaczy.
Ile to razy też słyszeliśmy nad wodą zapewnienia: - Ale wczoraj to były brania! Kabany mi podeszły. Naciąłem tych leszczy (ewentualnie karpi, kleni, boleni itp) całe wiadro!! (to klasyka). - To ile pan ich złowił, trzy? - zawsze wtedy pytam wyobrażając sobie, ile dużych ryb może się zmieścić w wiadrze.
- A coś pan, przynajmniej z piętnaście!
Takie to były kabany, chyba że wędkarz ów używał niespotykanie wielkiego wiadra.
Ostatni przykład jest absurdalny, ale - o dziwo! - prawdziwy. Pewien znajomy od dłuższego czasu zamęczał mnie opowieściami o szczupaku, którego złowił. Był ponoć wielki jak wiosło. Później przypadkowo spotkaliśmy się nad wodą i... zdębiałem. Gość wiosłował rakietkami do ping-ponga!
Prawdziwą sztuką jest nie tylko odgrzebywanie prawdy, ale trafne i szybkie riposty na wędkarskie przechwałki. Podaję kilka gotowców, które warto trzymać w zanadrzu:
- Ale ostatnio miałem mnóstwo pobić!
- To nie chodź tyle na te dyskoteki.
---
- Złowione ryby zaczynam liczyć dopiero po pierwszej setce.
- Czyżby po wódce liczenie przychodziło ci łatwiej?
---
- W tej rzece to jest mnóstwo boleni.
- Tak, bo te dwa, które złowiłem w zeszłym roku, od razu wypuściłem.
---
- W ciągu ostatniego półrocza przeszły przez moje ręce dziesiątki spiningów (ewentualnie kołowrotków itd.).
- Nigdy nie chciałem pracować w hurtowni wędkarskiej.
KL