Zdjęcie znad wody

KIEDYŚ NA MORZU BYŁO GORZEJ

obrazek
Dorsze zaczynałem łowić z kutra “Jubilat” należącego do PZW. Było to 30 lat temu. Dużo się  od tamtego czasu zmieniło.

obrazek
Kiedyś wypływaliśmy bardzo blisko  od brzegu. Dzisiaj wiem, że i w takiej odległości dorszy jest bardzo dużo, ale czy wówczas  szyper był kiepski,  czy  po prostu   brakowało nam  echosond  -  w każdym razie nasze połowy były marne. Jak ktoś złowił cztery dorsze, to był królem polowania. Nie było kogo podglądać, w prasie wędkarskiej też nie drukowano na ten temat artykułów.  Mój morski sprzęt to była stara germina, kołowrotek Rex, żyłka pięćdziesiątka i własnoręcznie robione pilkery.
Jeździłem na ”Jubilata” kilka lat. Potem go gdzieś sprzedali, a PZW dorobiło się nowego kutra o nazwie “Wędkarz”. Z niego już nie korzystałem, bo załoga była tak samo kiepska jak na “Jubilacie”. Po kilku latach obrazekprzerwy trafiłem do Łeby i tam się na trochę zadomowiłem. Teraz to było zupełnie inne wędkowanie. Łowiłem dużo dorszy, bo szyprowie znali się na swojej robocie. Używałem tych samych pilkerów co przedtem. Robiłem je z jakichś kawałków nierdzewnej stali albo z prowadnic wyciąganych ze starych samochodowych amortyzatorów. W końcu zdecydowałem się kupić pilkery fabryczne. Dopiero wtedy  zobaczyłem, że są tak wykonane, żeby pod wodą pracowały. Dlatego nie opadają na dno jak przecinak, tylko szybują, wirują i przy tym błyskają.
Z czasem na morskie wyprawy namówiłem też  kilku kolegów. Na wyjazdy w pojedynkę było za drogo. Do Łeby mieliśmy grubo ponad trzysta kilometrów, a do tego sparzyliśmy się na kilku kutrach. Nawet na tym, który opisywaliście w swojej gazecie. Na szczęście  dużo  jednostek wędkarskich pokazało się  w Darłówku i  Kołobrzegu. Teraz tylko tam jeździmy.
obrazek Kiedy widzę, że koledzy ciągną dorsze na przywieszki, to też je zakładam do swojego zestawu. Używam do tego twisterów i ripperów, ale częściej  robię je sam  z folii, w którą jest zapakowana wędzona makrela.  Wycinam z niej trzy paski i zwyczajną nitką przywiązuję do haczyka. Później na wiązanie naciągam kolorową, najczęściej czerwoną, koszulkę igelitową. Paski folii przeciągam pomiędzy paznokciami, żeby się troszkę zrolowały. Ot i cała przywieszka.  Często jest bardziej skuteczna niż taka, którą się kupuje w wędkarskim sklepie.

---
Nad morzem jestem średnio dwa razy w miesiącu, o ile kasa na to pozwala. Wyjazdy nie są tanie. Trzeba zapłacić za benzynę i za rejs, a od czasu,  jak ceny paliw obrazektak wysoko skoczyły, biorą po 150 zł. Więc jak się nas kilku wepcha do samochodu,  to zawsze taniej wychodzi. Dla właściciela kutra też jest lepiej,  jak od razu  więcej osób bukuje miejsca. On ma  mniej  zmartwienia, a my możemy się z szyprem dogadać, gdzie i jak ma pływać. Wprawdzie szanujemy jego wiedzę, ale i my mamy coś do wtrącenia.
To wszystko się odbywa na koleżeńskiej stopie, bo staramy się pływać zawsze na tej samej jednostce. Szyper nas zna i nie wozi, jak innych turystów, na wycieczki po piasku. To się później przekłada na ilość złowionych dorszy. Raz nam się tak zdarzyło, że z dobrym szyprem złowiliśmy z dziesięć razy mniej dorszy niż na innych jednostkach. Na ogół jest tak, że jak płyniemy ze znajomym szyprem, to mamy albo tyle samo dorszy co  inni, albo trochę więcej.  Stały klient się liczy.
---
W wędkowaniu bardzo pomaga sprzęt. Lżejsze niż kiedyś kije, lepsze kołowrotki i cienkie plecionki. Do tego bardzo duży wybór pilkerów. Ale nawet najlepszy sprzęt  nie zastąpi wędkarskiego drygu. Łowienie dorszy to w dużej mierze wędkowanie siłowe, ale tej siły nie można   używać  po to, żeby bezmyślnie pukać żelazem w dno. Tu też jest potrzebna finezja w prowadzeniu przynęty. Po wrzuceniu pilkera w morze zawsze sobie  wyobrażam, jak on się tam przy dnie zachowuje, i staram się, żeby udawał małego śledzia, który się tam gdzieś zapuścił.
---
Lubię łowić w morzu, ale wolę  w jeziorze. Żeby złowić rybę jeziorową,  trzeba naprawdę bardzo się napracować. Nie tylko, żeby ją znaleźć, także żeby dopasować przynętę do pory roku, a nawet do dnia.
obrazekStrzelce Krajeńskie, tam mieszkam, są otoczone  jeziorami. Jedno piękniejsze od drugiego, ale ryb w nich nie ma. Dzisiaj nikomu nie poleciłbym przyjeżdżać tutaj z wędką. My miejscowi jeszcze jakoś sobie radzimy, ale  kto przyjedzie na dwa tygodnie,  może nawet rybiego ogona nie powąchać. Na wielu jeziorach sieci stoją  od wiosny do zimy, a gdzie ich właściciele mogą,   tam trałują w lewo i prawo, jedno jezioro po kilkanaście razy w roku.
Kiedy na to patrzę, to się  zastanawiam, czy wrócą jeszcze czasy, kiedy można będzie połowić ryb chociażby tak, jak za pegerybów.



Z Mieczysławem Wąsowiczem
ze Strzelc Krajeńskich
rozmawiał WD