SPOTKANIA Z SANDACZAMI

obrazek
Przy dnie nic nie bierze, więc prowadzę przynętę w połowie wody w miejscu, gdzie  głębokość nie przekracza dwóch metrów. Kiedy ripper przechodzi obok zatopionego krzaka...


obrazek

Zbiornik zaporowy, początek czerwca
We dwie łódki wybraliśmy się na  sandacze. Koledzy łowią, a ja przy okazji szukam nowych miejscówek, bo za dwa tygodnie mam tutaj wystartować w spiningowych zawodach.

Sprawdzone miejsca zawodzą. W płytkich karczach brań nie ma, w korycie też nie. Pod koniec wpływamy do płytkiej zatoczki (głębokość do 80 cm), w której zdarzało mi się trafiać na szczupaki. Kolega, który łowi 10- centymetrowym sliderem (powierzchniowy wobler typu jerk), w trzecim rzucie wyciąga ładnego sandacza. Wszyscy sądzimy, że to przypadek, ale każdy zakłada łowną gumę i sumiennie obrabia nią łowisko. Wynik naszej wyprawy - tylko jeden szczupak, no i ten sandacz.


obrazek

Tydzień później znowu tu jestem. Tym razem dwaj koledzy łowią na slidery. W pierwszym rzucie obaj zacinają po sandaczu. To już nie może być przypadek, więc  i ja zakładam tę przynętę. Co kilka rzutów każdy z nas holuje ładnego sandacza, ważącego ponad dwa kilogramy. Brania są bardzo widowiskowe. Za płytko idącym woblerem robi się fala, z której wynurza się sandacz i z impetem uderza w woblera. Próbujemy także innych przynęt, ale bez skutku. Sandacze biorą tylko na 10-centymetrowe slidery.
Na zawodach dopisuje mi szczęście w losowaniu. W pierwszym dniu trafiam na sektor,  który obejmuje tę znaną mi  zatoczkę. Witam się z kolegą, z którym trafiłem na jedną łódkę, i pytam czy ma slidery.
- Po co? – odpowiada.  - Przecież płyniemy na sandacze.
 Ale był nie w ciemię bity i szybko się zorientował, o co chodzi.
- A ty masz? - pyta.
- Mam - odpowiadam
- No to obaj je mamy - stwierdza.
Pędzimy do zatoczki. Nie zawiodła nas ani ona, ani slidery. Na początku zameldował się przyzwoity szczupak, po nim wyciągam dwa sandacze i z kompletem kończę zawody pół godziny po starcie. Kolega z łódki także miał dużo brań, ale wyciągnął tylko dwa sandacze. Trzeciego miał kilka razy na wędce, ale zawsze mu spadał w czasie holu. Potem w zatoczce zjawili się inni zawodnicy, spłoszyli sandacze i brania się skończyły.

obrazek

Zbiornik zaporowy, początek wakacji
Poziom wody jest o dwa metry wyższy niż zwykle. Rosnące na brzegu krzaki, pośród których zwykle siedzą gruntowcy,  są zalane. Łowię z łódki przy tych krzakach, bo na środku zbiornika brań nie ma, a tutaj oczkuje drobnica. Zaczynam od pływających woblerów, ale bez skutku. Co kilka rzutów zmieniam przynęty i tak dochodzę do 15-centymetrowego  perłowego rippera. Mam nadzieję, że skuszę nim jakiegoś szczupaka. Przy dnie nic nie bierze, więc prowadzę go w połowie wody w miejscu, gdzie  głębokość nie przekracza dwóch metrów. Kiedy ripper przechodzi obok zatopionego krzaka i ociera się o gałęzie, czuję charakterystyczne dla sandacza kopnięcie.

Ripper i ten sposób łowienia rozwiązują worek z rybami. Łowię jeszcze kilka dorodnych sandaczy, wszystkie na tę samą przynętę. Uderzały  tak zdecydowanie, że za każdym razem cały ripper znikał  im w paszczy.
Eldorado trwało krótko. Dwa dni przed spadkiem wody sandacze opuściły zalane krzaki, choć drobnica była w nich nadal.

Zbiornik zaporowy, połowa grudnia
W nocy są już przymrozki, ale woda jeszcze nie zamarza. Sandacze są w najgłębszych miejscach, w korycie. Dzisiaj  też  tam łowię, ale nie mam nawet puknięcia. Z myślą o szczupakach i okoniach płynę na płytszą wodę, gdzie  z wody wystają gałęzie  zalanych krzaków. Silnik wyłączyłem już kilkadziesiąt metrów przed miejscówką, żeby do łowiska dotrzeć rozpędem. Na powierzchni  widzę ogromne wiry, dzieło  spłoszonych ryb. Miejscówka jest pusta. W ciągu  kilkunastu minut nie mam żadnego kontaktu z rybą.
 Siadam więc w bezruchu na ławeczce i  czekam, aż wiejący wzdłuż nasypu wiatr zepchnie  łódkę  na drugą, podobną miejscówkę. Trwa to dosyć długo, więc w trakcie dryfu zaczynam łowić. Woda ma mniej niż metr głębokości. Zakładam jasne kopyto na trzygramowej główce. Kiedy podrywam je z dna, czuję delikatne puknięcie. Zacinam. Po krótkiej walce wyciągam ładnego sandacza.

obrazek

Na drugą miejscówkę dopływam bardzo cicho, ale też jest pusta. Przynajmniej wiatr mi sprzyja. Powoli dryfuję na kolejne miejsce, cały czas zarzucając przynętę, ale bez rezultatu. Zaczynam łowić  pomiędzy krzakami. Do tej pory je omijałem, bo miejsca były nieciekawe. Płasko, płytko i mulisto, zero zaczepów i ani śladu drobnicy. Nie wiem, czego tu w grudniu sandacze szukały, ale przecież były. Łowiłem je aż do świąt. W następnych latach już ich tu  nie spotkałem.

W listopadzie zorganizowałem na Turawie towarzyskie zawody spiningowe. Nazwę wymyślili koledzy, od mojego nazwiska ochrzcili je “Pucharem Kuraka”. Wpisowe symboliczne, trzydzieści złotych, na wynajęcie łodzi i poczęstunek po zawodach. Kwaterę każdy opłacał sam. Nagrody ufundowała firma Robinson.

Na zawodach  liczyły się tylko sandacze i szczupaki. Każdy mógł złowioną rybę zabrać albo wypuścić. Zgłoszeń było pięćdziesiąt, ale wystartowało tylko osiemnastu zawodników. Na przeszkodzie stanęła fatalna pogoda. Przez kilka dni padał marznący śnieg i drogi były bardzo śliskie, więc ludzie mieszkający daleko nie decydowali się na jazdę. Mimo to impreza się udała. Mankament  był tylko jeden. Późną jesienią poziom wody w zbiornikach zaporowych jest zwykle bardzo niski. Żeby się dostać do łodzi, trzeba było kawał drogi pokonać na piechotę w  gęstym błocie, w dodatku z  silnikiem na plecach.

Przed zawodami miałem parę wolnych dni, które spędziłem nad Turawą. Sandacze brały dobrze, najlepszy na nie był tradycyjny sposób, czyli dosyć ciężka przynęta, guma lub kogut, ważąca 20-25 g, prowadzona skokami po dnie. Najłowniejsze były perłowe kopyta z niebieskim grzbietem, a najwięcej brań było w miejscach najgłębszych. Złowiłem kilka sandaczy, największy ważył ponad pięć kilogramów.

Dzień przed zawodami sytuacja się zmieniła. Kilku kolegów przyjechało wcześniej i wspólnie obławialiśmy koryto. Złowiliśmy tylko jednego sandacza, kilku z nas  miało tylko delikatne skubnięcia. Ten, co złowił sandacza i miał najwięcej brań, łowił kopytem z siedmiogramową główką  i wlókł przynętę bardzo wolno po dnie. Tym też sposobem łowiąc wygrał “Puchar Kuraka”.

Ogółem złowiliśmy siedem ryb, a wszystkie wzięły na leniwca, czyli gumę powoli przeciąganą po dnie. Na gumę prowadzoną skokami skusił się tylko jeden szczupak. Ja mogłem się pochwalić dorodnym, blisko kilogramowym okoniem, ale według zasad, które sam ustaliłem, do punktacji się nie liczył.

Tomasz Kurnik
Zabrze