TYLKO LINY

Nie wiem dokładnie, ile linów łowię. Nie liczę ich, bo nawet gdy powiem,to i tak nikt mi nie uwierzy. W sezonie jest to na pewno kilkaset. Mój rekord dzienny to 23 sztuki.
obrazek
Mam też drugi rekord: dziewięć linów, jeden po drugim, z jednego łowiska w dwie godziny.
Łowienie linów łatwo nie przychodzi. Na wyniki trzeba zapracować.
W linowym sezonie, który na moim łowisku trwa od czerwca do połowy sierpnia, nad wodą jestem codziennie.


Moim łowiskiem jest zalew na rzece Udal, 30 km na wschód od Chełma, w pobliżu miejscowości Husynne. Zbiornik jest płytki. Średnia głębokość sięga półtora metra, a dno jest mocno porośnięte osoką aloesowatą. Kiedy jest bardzo ciepło, rośliny pokrywają prawie całą powierzchnię w niektórych partiach zbiornika. W takich warunkach liny czują się doskonale. Jest ich bardzo dużo, ale trudno je złowić, bo choć kryjówek mają pod dostatkiem, są ostrożne i kapryśne.
Łowię z łódki w oczkach między roślinami. Sezon zaczynam dosyć późno, bo dopiero w czerwcu. Wielu wędkarzy uważa, że najlepszym miesiącem do łowienia linów jest maj. Może gdzie indziej, ale tutaj liny w maju nie żerują, bo woda nagrzewa się właśnie o miesiąc później. Wtedy liny zaczynają porządnie żerować. W maju rośliny są już rozwinięte i słońca do wody nie dopuszczają.
---
W ciągu dnia najlepsze wyniki mam w małych oczkach, do których dociera niewiele słońca. Na łowisku jestem przed świtem. Dobre brania trwają do szóstej, a przy dobrym żerowaniu do siódmej. Woda w zbiorniku ma pierwszą klasę czystości i jest bardzo przezroczysta. Kiedy słońce zaczyna mocniej świecić, liny chowają się w cieniu gęsto rosnących wodnych roślin. Łowię więc najwyżej do siódmej, potem idę do pracy (w Chełmie prowadzę zakłady wulkanizacji i wymiany opon).
Drugi okres dobrego żerowania zaczyna się godzinę przed zmierzchem i trwa tak długo, aż zapadnie ciemność. Wtedy zwijam sprzęt, bo tutaj w nocy z łódki łowić nie wolno. Niekiedy liny żerują także w samo południe. Biorą doskonale w palącym słońcu, kiedy temperatura powietrza przekracza 30 stopni. To się jednak zdarza bardzo rzadko.
obrazek Mam kilka łowisk, które nęcę regularnie. Są to oczka o różnej powierzchni, najmniejsze mają wielkość stołu, ale i w takich łowiskach można umieścić kilka zestawów. Do nęcenia wybieram takie oczka, których dno nie jest zarośnięte. To mi pozwala sprawdzić, czy liny wyjadają zanętę. W przejrzystej wodzie wszystko widać jak na dłoni.
Kiedyś nęciłem także oczka zarośnięte, ale przedtem czyściłem dno. Przestałem jednak, bo stwierdziłem, że po takich zabiegach na pierwsze brania trzeba długo czekać. Nęcenie nie gwarantuje połowów, bo tutejsze liny są bardzo kapryśne. Czasem meldują się w łowisku już w trakcie pierwszego nęcenia, a innym razem  trzeba na nie czekać kilka dni. Znam i takie oczka, które nęciłem przez miesiąc, a złowiłem w nich tylko jednego lina.  Kaprysy linów objawiają się także przy innych okazjach, chodzi o czas łowienia w jednym miejscu. W niektórych oczkach łowię kilka lat, w innych przez dwa sezony, a są takie, z których już po miesiącu liny jakby z nich wymiotło.
---
Już od kilku lat nęcę gotowanym grochem. Wcześniej próbowałem innych zanęt, ale groch okazał się zdecydowanie najlepszy. Liny go lubią, więc na razie niczego innego nie szukam. Tutaj grochem nęci niewielu wędkarzy, bo jest dosyć drogi, a przygotowanie zanęty jest pracochłonne.
Groch moczę przez kilka godzin, później gotuję na niewielkim ogniu tak długo, aż zrobi się na tyle miękki, żeby dał się nabić na haczyk, ale z niego nie spadał. Żadnych zapachów nie dodaję. Parę razy spróbowałem, nie sprawdziły się, więc podziękowałem. Na jedno wędkowanie zabieram 5 kg grochu. Nęcę zawsze po łowieniu.
Nęcę kilka łowisk, co najmniej pięć. Więcej tylko wtedy, gdy liny długo kapryszą. Po wędkowaniu w jednym lub w dwóch oczkach inne łowiska też podsypuję. Żeby liny wiedziały, że o nich pamiętam. Gdy przepływam blisko jakiegoś oczka, w którym zamierzam łowić na przykład za dwie godziny, to sypię garstkę, ale nie więcej. Przedtem sprawdzam, czy liny już wyjadły poprzedni groch. Zawsze staram się obłowić wszystkie nęcone oczka. W jednym łowię pół godziny. Jeżeli linów nie ma, to płynę do następnego. Może być tak, że nie mam brań, a grochu na dnie też nie ma. To dla mnie sygnał, że muszę tu zaglądać o innej porze, dopasować się do linów.
---
Łódkę ustawiam dziesięć metrów od łowiska. Wypraktykowałem, że taka odległość jest najlepsza. Jeśli stanę bliżej, to brań jest mniej, a jak dalej, to trudno mi trafić zestawem w oczko, zwłaszcza podczas wiatru. Ustawiam łódkę tak, bym mógł rzucać z wiatrem. Korzyść z tego jest jeszcze i taka, że wiatr nie przesuwa zestawu po łowisku.
Na haczyk zakładam ziarenko grochu lub 2-3 białe robaki. Zauważyłem, że rodzaj brania zależy od przynęty. Kiedy na haczyku są białe robaki, to liny podnoszą zestaw i spławik się wykłada. Kiedy przynętą jest groch, to spławik się przytapia.
W nęconym łowisku liny nie bawią się przynętą i brania są zwykle zdecydowane. Ledwo spławik drgnie, a już sunie po wodzie lub się wykłada. Czasem jednak liny biorą ostrożnie. Wtedy muszę kombinować, żeby zaciąć w odpowiednim momencie. Zdarza się, że brania prawie nie widać, tyle że od spławika rozchodzą się po powierzchni słabo widoczne kółka, takie cykanie. Kiedyś myślałem, że to nie branie, tylko że ryby zamiast w przynętę, uderzają w żyłkę. Kiedy jednak wyjąłem zestaw z wody, to na ziarenku grochu zobaczyłem jakieś wgniecenia. Czyli liny są! Wtedy zarzucam, trzymam kij w ręku i po cyknięciu zacinam. Wędka mocno się wygina, wyciągam dorodnego lina, a po nim następne. Później brania ustają, widać wszyscy amatorzy cykania trafili na haczyk.
Kiedyś miałem zbyt lekki zestaw i wiatr mi go znosił. Widziałem delikatne drgania spławika, ale sądziłem, że sprawia to napięta żyłka wibrująca na wietrze. Kilka razy wyciągałem zestaw z wody, zarzucałem go na środek oczka, a wiatr ciągle znosił go w bok. W końcu coś mnie podkusiło i zaciąłem w czasie, gdy spychany wiatrem zestaw wędrował po oczku. Wyciągnąłem lina, a po nim kilka następnych. Więc nie tylko cykanie.

---
Po zacięciu lin ucieka w zielsko, dlatego używam mocnego zestawu, żeby go na siłę zatrzymać. Nie zawsze mi się to udaje i lin trafia tam gdzie chciał. To wcale nie znaczy, że go straciłem. Jeśli na kiju czuję drgania, to mam szansę go wyciągnąć. Muszę tylko wytrzymać próbę nerwów i nie próbować wyholować go zbyt szybko. Trzymam wędkę mocno napiętą, nie walczę, nie przyciągam, tylko silnie trzymam. Lina to męczy, w końcu się poddaje i wypływa spośród roślin. Jeżeli natomiast długo czuję stały opór, to podczas próby holowania mogę zerwać zestaw i będzie po linie. Ciekawe, że gdy się nawet przez dłuższy czas szarpię z roślinami, to liny się nie płoszą. Od razu jednak uciekają, kiedy któryś z nich spadnie po zacięciu. Gdy urwie się po dłuższym holu, to pozostałych nie płoszy. Podobnie jest, gdy złowionego lina wypuszczę w łowisko.
obrazek
Zawsze mam przygotowane dwie wędki. Zestawy na nich są podobne, różnią się tylko wypornością spławików. Dzięki temu mogę się dopasować do różnych warunków pogodowych, głównie wiatru. Łowię na zestawy przeciążone, to znaczy spławik tonie, jeżeli obciążenie znajdzie się przy dnie. Wyważam więc tak, żeby ołów dotykał dna lub na nim leżał. W podstawowym zestawie mam 4-gramowy spławik i 5-gramową oliwkę, a w drugim jest to odpowiednio 6 i 8 g. Spławiki mają kształt wydłużonej kropelki, żyłka przechodzi przez korpus i antenkę. Taki spławik jest idealny na mocno zarośnięte łowiska, bo bez zaczepów przechodzi przez rośliny. Kiedy łowię wśród roślin, zestawy nie mogą mieć słabych elementów. Używam więc żyłki o średnicy 0,25 mm i bez przyponu wiążę do niej haczyk. Używam żyłek przezroczystych. Kiedyś spróbowałem łowić ciemną żyłką matchową, ale nawet brania nie miałem. Kiedy żyłkę zmieniłem, zaczęły się aż miło.
Andrzej Gula
Chełm