NA MACANEGO

obrazek
Tym sposobem łowię dopiero od kilku lat. Polega on na tym, że zamiast przynętę ciągnąć, obmacuję nią łowisko. Chociaż prosty to sposób, wymaga od wędkarza wiedzy o biologii ryb i innych stworzeń wodnych oraz dużej spostrzegawczości.

obrazek
Do tego sposobu jednak się nie ograniczam,  bo nadal moją pasją są  pstrągi. One mnie nauczyły, że nie należy  omijać żadnych rzeczek i strumieni,  nawet bardzo  małych. Właśnie dlatego  zainteresowałem się  Oławą (chodzi  oczywiście o rzekę, bo tak samo nazywa się  miasto  w pobliżu Wrocławia, przez które ta rzeka przepływa – przyp. red.). Kiedy zacząłem w niej łowić, to się przekonałem, że sposób “na macanego” daje tu lepsze wyniki niż zwykłe przeciąganie przynęty. W zasadzie Oława to kanał, pomnik ludzkiej głupoty. Znam tę rzekę od lat pięćdziesiątych. Wiem, jaka była ładna. Serce boli, jak się na nią  teraz patrzy. Ponoć jej regulacja miała chronić przed powodziami, ale kiedy woda robi się  wysoka,  to i tak pobliskie tereny  są podtopione. Zresztą nie o tym.
obrazekNad Oławę zapuszczałem się najczęściej ze spiningiem i postępowałem tak,  jakbym łowił  pstrągi. Dbałem o to, żeby mnie ryby nie spostrzegły,  rzucałem daleko pod prąd albo z prądem. Owszem,  łowiłem szczupaki, okonie i sporo kleni na małe woblery bardzo wolno podciągane pod prąd, ale z wyników  nie byłem  zadowolony. Może dlatego, że z wielu obiecujących miejsc nigdy nic nie wyciągnąłem.
Kanały - a po regulacji Oława jest do nich podobna -  mają to do siebie, że środek koryta jest wygrzbiecony, płytki, piaszczysty i ryb tam nie ma. Natomiast wzdłuż brzegu ciągną się rynny. Zasłaniają je nadbrzeżne trawy i wodna roślinność. Tutaj kryją się ryby.
Któregoś razu, gdy siedziałem ze spławikówką i czekałem na  płotki, obserwowałem ławicę małych kleni. Kępa trzcin, która sięgała  niemal do środka rzeki, utworzyła jakby zatoczkę ze słabszym prądem  i właśnie tam te klenie przebywały. Podpływały pod prąd na wysokość mojej wędki,  potem przestawały wachlować ogonami i spływały z prądem w kierunku trzcin. W  ławicy było około dwudziestu kleni różnej wielkości, od pięciu do kilkunastu centymetrów. Co jakiś czas  z trzcin wyskakiwał szczupak i w nie uderzał. Chyba nie każdy atak był udany, bo szczupak nie był duży i gdyby zjadł choć kilka tych rybek, na pewno  byłby nasycony.
Po każdym takim ataku klenie przez pewien czas trzymały się z dala od trzcin. Nie traciłem ich z oczu. Tak mnie ta obserwacja wciągnęła, że przestałem się interesować spławikiem. W pewnym momencie w kierunku małych kleni wystrzeliła torpeda, ale tym razem nie spośród trzcin, lecz  spod nadbrzeżnych traw. Zobaczyłem szczupaka wygiętego w literę S. Po chwili w wodzie zamigotało, jakby tam ktoś nasypał  brokatu. To były łuski schwytanej ryby.
obrazekJakież to oczywiste! Szczupaki siedzą w trzcinach, ale z pewnością  więcej jest ich w rynnie pod brzegiem. Tak  pomyślałem i natychmiast spławikówkę przerobiłem na spining. Na końcu żyłki przywiązałem  twistera na pięciogramowej główce. Chodząc wzdłuż brzegu, wkładałem przynętę w każde miejsce, które wydawało mi się tego godne. Przeszedłem kilkadziesiąt metrów i miałem na kiju trzy szczupaki. Wprawdzie żadnego z nich nie wyciągnąłem,  bo kij okazał się zbyt miękki i zaciąć nie mogłem, ale przynajmniej zobaczyłem, ile ich jest w tej niepozornej rzece.
---
Łowię kijem o długości trzech metrów. Czterometrowy byłby z pewnością lepszy, ale trzeba sporego wysiłku, żeby taki ciężar długo trzymać w ręku. A przecież łowienie to przede wszystkim  operowanie przynętą. Ruchy nadawane jej niewygodnym kijem nie przypominałyby  żywej rybki, a w płytkiej i przejrzystej wodzie to duża wada. Lepiej więc trzymetrowy kij chwycić za sam koniec i trzymać go w   wyciągniętej ręce.
Taki sposób  łowienia to nic innego jak macanie każdego obiecującego miejsca. Jest ich dużo, ale nie są blisko  siebie. Kiedy więc przechodzę z jednego stanowiska na drugie, to przynętę ciągnę za sobą. A to przy dnie, a to trochę nią pochlapię po powierzchni – ot, taki troling, tyle że chodzony. To się wydaje proste i rzeczywiście  jest proste, jednak pod warunkiem że się łowi odpowiednią przynętą, a która będzie najbardziej odpowiednia, podpowiada sama natura. Wystarczy być uważnym jej obserwatorem.
Dobre są wszelkie przynęty gumowe, bo one się najbardziej  upodabniają do naturalnego pokarmu ryb. O dziwo, woblery się nie nadają. Wprawdzie najdokładniej naśladują rybki, ale tylko wyglądem. Żeby wykonywały takie ruchy, które sprowokują szczupaka do uderzenia, trzeba je ciągnąć. Tymczasem moje łowienie polega na wkładaniu  przynęty w choćby najmniejszą dziurę w zielsku lub pomiędzy łodygi trzcin. Prawie zawsze kończy się to   podciąganiem i opuszczaniem.
W tym roku pokazały się gumy podobne do kleni i one stały się  moimi podstawowymi przynętami.  Zbytnio się nie staram o to, żeby wielkością  odpowiadały  prawdziwym rybkom. Siedmiocentymetrowa guma, podobna do rybki, to idealna wielkość, bo trzeba jeszcze wziąć pod uwagę główkę dżigową, żeby pasowała do gumy. Tutaj muszę się trochę rozgadać.
obrazekNa kanale pod nazwą Oława, bo to żadna rzeka, są dwa rodzaje łowisk. Jedno tuż przy brzegu, pod trawami, które tworzą na powierzchni wody jakby kołnierz. Drugie wśród trzcin. Kiedy plastikową rybką łowię pod kołnierzem z traw albo blisko niego, uzbrajam ją w główkę 15-gramową. Wśród trzcin rybkę nabijam na główkę nawet o wadze 30  gramów.
Kiedy ktoś spróbuje mojego sposobu  łowienia, szybko się przekona, że dopiero z bardzo ciężką główką można operować takim zestawem wśród trzcin. Żyłka biegnie pionowo od szczytówki do przynęty, więc kiedy ruszam kijem, ruch ten przenosi się na przynętę bez żadnego opóźnienia. Gdybym łowił lekką główką, to guma zostawałaby w tyle, a wtedy łatwiej się zahacza o łodygi. Bardzo ciężka główka, na pozór  niepasująca do przynęty, ma jeszcze inną  zaletę: stabilizuje korpus plastikowej rybki. Dzięki temu  najmniejszy ruch przynęty sprawia, że jej ogonek pracuje. Przy lekkiej główce rzucałaby się na boki.
Rybka nie jest jedyną dobrą przynętą na to łowisko i na ten sposób łowienia. Na szczupaki używam żab. Okonie, których w Oławie jest bardzo dużo,  najchętniej atakują raczki. Żaby i raczki tak zbroję dżigami lub samymi haczykami, żeby zachowywały się w wodzie jak prawdziwe. Powiem tak: każdy sposób zbrojenia jest dobry, byle przynęta naśladująca żabę pływała w wodzie jak żaba.
Brzegi Oławy są siedliskiem  żab, lecz one  nie są  takie głupie, żeby skakać szczupakom prosto do pyska. Dlatego latem i na początku jesieni, kiedy pełno żab skacze mi koło nóg, sztuczna żaba wcale nie musi być skuteczna. Owszem, kiedy  nie mam brań na rybkę, która w tym czasie jest najpewniejsza, zaczynam łowić żabą. Jednak bardzo skuteczna staje się ona dopiero wtedy, gdy przychodzą pierwsze przymrozki i żaby szukają schronienia w wodzie.
Kiedy latem łowię żabą (jako  alternatywą dla rybki), zbroję ją w lekką główkę dżigową i podaję gdzie tylko można. Pozwalam jej  tonąć przy trawach, przeciągam przez środek rzeki, spuszczam z prądem... Trzeba ją tylko  co pewien czas szarpnąć, żeby plastikowe nóżki wykonały jakiś ruch. Jesienią zaś, kiedy prawdziwe żaby ciągną do wody, żabki plastikowe zbroję haczykiem, gołym lub dociążonym. Jest to zbrojenie antyzaczepowe. Dla mnie to  konieczność,  bo żabkę kładę  na trawie i powoli, żeby zbyt głośno nie chlapnęła, spuszczam do wody. Właśnie na to czekają szczupaki.
Czasami szczupaki uderzają w żabę, gdy  tylko dotknie wody, częściej jednak wtedy, kiedy zaczyna nurkować. Gdy biją w żabę przy powierzchni, uzbrajam ją tylko w haczyk. Jeżeli   atakują żabę nurkującą,  do haczyka dokładam ciężarek.
obrazekŁowienie szczupaków na rybkę albo na żabkę jest bardzo widowiskowe, bo do  większości  ataków dochodzi przy powierzchni. Atakujących okoni  nie widać,  ponieważ to się  zawsze odbywa przy dnie. Próbowałem okonie łowić na różne przynęty, ale najlepsze okazały się  wszelkie  gumy podobne do raków. Nie używam jedynie raków trzycentymetrowych, bo  przeważnie siadają na nie najmniejsze okonie. Łowię rakami pięciocentymetrowymi,  bo wtedy złowione okonie mają co najmniej dwadzieścia centymetrów. Raki zbroję  w główki pięciogramowe. Łowię nimi tak samo jak rybką, tyle że rakiem cały czas dotykam dna. Popukam nim, pozostawiam na dłuższą chwilę w bezruchu,  pociągnę po dnie, poderwę, znowu daję mu spokój, trochę pod prąd, trochę  z prądem, a wszystko na kilkunastu centymetrach dna. Wystarcza.
Szczupaki i okonie są wrażliwe na kolory przynęt, ale odnosi się to tylko do żab. Przez cały sezon sprawdza mi się plastikowa rybka podobna do klenia, która ma perłowe boki, czarny grzbiet i czerwony ogon. Zimno, ciepło, rano, wieczorem, zawsze jest dobra. Z żabami jest inaczej. Raz szczupaki atakują zielono-brązową, kiedy indziej nie chcą jej tknąć, a biją tylko we fioletową z brokatem. Podobnie jest z okoniami. Też wybrzydzają. Dlatego w pudełku mam tylko niewielki zapas żab i raków. Kilkanaście sztuk wystarcza, bo przy tym sposobie łowienia o traceniu przynęt już zapomniałem, a jedyne straty to obcięte przez szczupaka ogony plastikowych rybek.  Ciekawe tylko, że żadnej mojej żabce szczupak nóg nie odgryzł.