Zdjęcie znad wody

NA ZAWODACH

obrazek
Najpierw musiałem zapłacić 200 dolarów wpisowego. Nie mogłem mieć swojego sprzętu ani nawet przynęt. Każdego amatora przydzielano do łódki jakiegoś zawodowca. Wsiadałem bez niczego, w sprzęt i przynęty zaopatrywał mnie zawodowiec...



obrazek





Daniel dobrze wie, jak miękkie przynęty, to nie czyjeś widzimisię, tylko - począwszy od samego pomysłu - zajęcie dla bardzo wielu ludzi. Proces wstępny, na łowiskach, trwa co najmniej dwa sezony i uczestniczy w nim kilkunastu wędkarzy. Później już w fabryce (wszystkie przynęty Relaksa są wytwarzane w USA) w pracy nad formami bierze udział już mniejszy zespół. Każdą poprawkę nazywają tu liźnięciem formy. Nazwa uzasadniona, bo niekiedy poprawkę robi się po to, żeby jeden bok przynęty różnił się od drugiego o kilka dziesiątych milimetra. Każde liźnięcie to koszt blisko tysiąca dolarów. Zanim powstanie forma, z której wyjdzie pożądany produkt, dokonuje się nawet kilkunastu takich liźnięć.
Do niedawna Witold Kowalczyk był sam przy tym procesie obecny, dzisiaj towarzyszy mu syn. Daniel łowi od dziecka. W Stanach bierze udział w zawodach, wiele łowi też w Polsce. Ma już pomysły na nowe miękkie przynęty. Sądzi, że niedługo zobaczymy je w naszych sklepach.
obrazekStartowałem w wielu zawodach w USA, ale chciałbym opowiedzieć tylko o jednych, bo były szczególnie interesujące i pouczające. Organizowane są pod auspicjami wędkarskiego czasopisma. Zawodowcy biorą w nich udział po to, żeby połowić i zarobić. Mogą w nich jednak uczestniczyć także amatorzy, do których teraz i ja się zaliczam.
Najpierw musiałem zapłacić 200 dolarów wpisowego. Nie mogłem mieć swojego sprzętu ani nawet przynęt. Każdego amatora przydzielano do łódki jakiegoś zawodowca. Wsiadałem bez niczego, w sprzęt i przynęty zaopatrywał mnie zawodowiec. Od razu też zostałem pouczony, co mogę na łodzi robić, a czego powinienem unikać, żeby nas nie zdyskwalifikowali.
Łowiliśmy na rozległych akwenach. Sektorów nie było, każdy mógł łowić gdzie chciał. Były to trzy ogromne jeziora. Dwa z nich łączył kanał. Nad nim był nowy most, obok w wodzie resztki starego. Nowy wybudowali, stary wysadzili. Na dnie ryby mają teraz mnóstwo kryjówek i stanowisk. Nad wodą pozostały podpory, przy brzegach betonowe umocnienia.
Zasada na tych zawodach jest taka, że jeżeli rybę złowi amator, idzie ona na konto zawodowca. To on na koniec weźmie nagrody. Mnie podczas zawodów będzie uczył, żebym złowił dla niego jak najwięcej. Z tego jest pożytek dla nas obu. Na koniec także dla amatorów są jakieś nagrody, na przykład łódź z silnikiem dla tego, który złowił (o ile złowił) największą rybę podczas trzech dni trwania zawodów. Zasada jednak jest taka: pieniądze i sprzęt dla zawodowców, dla amatorów możliwość nauki i kontaktu ze sławnymi wędkarzami.
obrazekPierwszego dnia pływaliśmy po jeziorze za bassami i sandaczami. Sandacze łowiliśmy znaną mi techniką, którą stosuję na każdym łowisku. W zasadzie od tej techniki zawsze zaczynam. W Stanach tylko tym się różniła, że jako przynętę dostałem długiego plastikowego robaka. Kiedy sam łowię tym sposobem, używam tylko jednej przynęty: Superrybki, najczęściej tej, która ma ogon twistera. Czasami łowię Superrybką z ogonem Kopyta, ale ta przynęta jest skuteczniejsza na dżigu.
Na zawodach obławialiśmy kamienne rafy porośnięte podwodną roślinnością. Dostałem dwumetrowy kij, na kołowrotku była plecionka. Zrobiłem - tak kazał mi zawodowiec - system bocznego troka ze sporym ołowiem i dużym haczykiem, na który nadziałem plastikową pijawkę. Pijawka była uzbrojona samym haczykiem w taki sposób, żeby grot nie za bardzo wystawał z korpusu. Pokazał, jak w taki sposób zbroić. Najpier zapalniczką podgrzał kolanko haczyka, po czym wbił go w pijawkę. Tak zrobił dwa razy, żeby przez wytopiony w plastiku otwór  haczyk przechodził w miarę swobodnie. Później to ułatwia zacięcie. Takimi zestawami rzucaliśmy w zielsko rosnące na kamiennych rafach. Gdy zestaw opadł, raptownie szarpałem go szczytówką, żeby się trochę przesunął po dnie, mniej więcej o metr. Przesuwał się ciężarek, natomiast pijawka, na bocznym troku, po przeskoku,  rwała do góry, po czym powoli opadała. Superrybka, z ogonkiem twistera, jest sto razy lepsza od dżdżownicy, bo przy poderwaniu wykonuje nieskoordynowane obrazekruchy, jak prawdziwa chora rybka, która próbuje przed czymś uciec. Najpierw się chaotycznie zrywa, później traci siły i tonie. Żadna naturalna przynęta ani pijawka, ani dżdżownica, na haczyku w tak wabiący sposób  zachowywać się nie będzie.
Podczas tego łowienia nie obawiałem się o zaczepy w roślinach. Czasami się trafiały, ale sporadycznie. Ołów przechodził przez zielsko bez oporu, a haczyk był w przynęcie. Zreszą wyciągaliśmy sporo niewymiarowch ryb, które miały w pysku pijawkę i kupę zielska. Znaczy atakowały schabowego z sałatką.
 Drugą połowę dnia poświęciliśmy na bassy. Sandacze łowi się przy dnie, bassy pod powierzchnią albo w pół wody. Łowiliśmy je na 7-centymetrowe rippery na małych dżigach, najwyżej trzygramowych. Pięć do jednego dał mi zawodowiec. Podglądałem jak łowi, ale miałem małą wprawę. Bassy łowię sporadycznie i potrzebowałem czasu, żeby się włowić. On prowadził gumy w toni. Ciągnął. Kiedy przerywał ściąganie, pozwalał im tonąć, po czym, kiedy jego zdaniem wystarczająco się zagłębiła, podnosił gumę kijem i natychmiast wybierał luz żyłki. Na ostatnich dziesięciu metrach, od łódki, bardzo przyspieszał ściąganie. Kiedy zapytałem go, dlaczego łowi gumą, a nie woblerem, którym wygodniej się łowi w toni, odpowiedział mi, że może wygodnie, ale nie tak skutecznie jak gumą. Przy łowieniu gumą trzeba wykonać więcej ruchów kijem, ale przynęta lepiej od woblera udaje zachowanie żywego pokarmu.
Drugi dzień zawodów spędziłem na trolingowaniu. Płynęliśmy prawie godzinę z szybkością 40 mil na trzecie jezioro, najbardziej oddalone od miejsca startu. Potężna łódka, dwa stukonne silniki. Na łowisku duże silniki do góry, a do wody mały silnik ośmiokonny. Mój szef ustawił trasę na GPS-ie, podłączył systemy sterowania i łódka płynęła sama. Szliśmy nad podwodnymi kamiennymi grzędami. Cztery wędki. Dwie na rufie, dwie na burtach. Wędki z burt miały pływaki, które odciągały zestawy po kilka metrów od toru, po którym płynęła łódź. Gdy na pływaku zapięła się ryba, wyskakiwała chorągiewka, taki sygnalizator. Wtedy brałem wędkę i skręcałem żyłkę, a kiedy pływak był blisko łódki, to go odczepiałem. Zawodowiec brał wtedy wędkę w swoje ręce i sam sobie rybę podbierał. Zdarzyło się, że ryby były na dwóch wędkach. Zrobiłem co miałem zrobić i czekałem, aż on poradzi sobie ze swoją wędką. Dopiero wtedy zabrał się do mojej.
obrazekTrzeci dzień był równie ciekawy jak pierwszy. Trafiłem na łódkę zawodowca, który łowił tylko w pionie. Dostałem od niego dwa krótkie kije. Na dżigi założyliśmy żywe pijawki. Zakłuwa się je tuż za przyssawką. W tym miejscu pijawki są najtwardsze i nie spadają z haczyka, mimo że nie są przystopowane. Pływaliśmy po kanale blisko brzegu, przy starych mostowych palach. Zaglądaliśmy wszędzie tam, gdzie coś wystawało z wody.
Technika łowienia polegała na tym, żeśmy lekko podrywali przynętę nad dno i ponownie ją tam kładli. Ja siedziałem na krzesełku na dziobie łodzi, dlatego dostałem dwie wędki, do lewej i prawej ręki. On też łowił dwoma kijami. Mieliśmy kilka okoni i sandaczy. Widziałem kilka innych łódek, na których łowiono podobnie. Inni, podobie jak mój zawodowiec, wyszukiwali miejsc, w których na dnie było najwięcej kamieni. Nie małych kamieni, tylko dużych, dosłownie bloków skalnych. Na tym kanale brzeg był umocniony, więc od czasu do czasu takie miejsca się trafiały. Był też pod wodą stary most, który został wysadzony i wszystko znalazło się w wodzie. W szczelinach bloków skalnych, rozwalonych podpór i wśród konstrukcji żyje dużo ryb i wiele z nich jest bardzo dużych.
Dziwne, w Polsce w takich miejscach tylko bym przynętę ściągał, co najwyżej założyłbym antyzaczep. Widać, co kraj, to inny sposób.
Notował WD