Zdjęcie znad wody

NA DAWNYM MIETKOWIE

obrazek
Zostawiłem na Mietkowie kawał wędkarskiego życia. Zacząłem na tym zbiorniku wędkować pod koniec lat siedemdziesiątych. Boże, ile wtedy było ryb. Ale nie tylko ryb. Było także bardzo wielu wędkarzy. Na odpuście nie było tyle ludzi co się zjeżdżało w sobotę i niedzielę na Mietków na ryby.


obrazek
Do 97.każdy wracał do domu z rybą. Patrzałem na to nie z daleka, tylko z bliska. Nikt mi nie opowiadał, sam wszystko widziałem. Miałem informację z każdego dnia bo nad mietkowskim brzegiem prowadziłem smażalnię z wyszynkiem. Przychodzili do mnie wędkarze, rozmawiali jak ze swoim, bo jestem przecież wędkarzem. Wiedziałem nie tylko na co i kiedy biorą, dowiadywałem się w których miejscach i ile ryb złowiono.
obrazekZadziwiała mnie ilość ryb w Mietkowie. Kłusowników prawie nie było bo cały czas byli wędkarz. Nie mieli więc żadnych szans na rozstawienie sieci. Jeżeli sami wędkarze zabierali więcej ryb niż ogranicza regulamin, to w żaden sposób nie odbijało się to na rybostanie, w każdym razie nie było tego widać.
Problem ze złowienie drapieżników zaczął się po powodzi w 1997 roku. Wyraźnie ubyło drapieżników, głównie sandaczy. Sandacz był podstawową rybą zbiornika. Na nim organizowano zawody na które zjeżdżali się wędkarz z całej Polski. Okonie były uzupełnieniem, ale jakim... Jak znało się miejsca i pory ich żerowania złowienie kilkunastu sztuk powyżej 35 cm nie stanowiło żadnego problemu.
obrazekTutaj muszę powiedzieć, że sam, podobnie postępowało kilkunastu moich kolegów, nigdy nie wzięliśmy żadnego okonia z łowiska. Kiedyś ryb było dużo i wówczas woleliśmy sandacze. Później było ich szkoda. Tylko okonie pozostały bo sandacze jakby wymiotło, a szczupaki, o nich prawie nie było słychać.
Ale tragedia, bo innego słowa znaleźć nie można, zaczęła się nie od powodzi, a od momentu spuszczania wody ze zbiornika. Po spuszczeniu dosłownie kałuże zostawały w najgłębszych miejscach. Podnieśliśmy larum. Zjawił się dyrektor PZW z Wrocławia i jacyś działacze. Wytłumaczyli nam, że musimy zaakceptować wypuszczenie wody ze zbiornika bo następuje planowy remont jakiś zasuw spustowych.
Okazało się to kłamstwem bo w kolejnych latach także spuszczano wodę z Mietkowa i w tym czasie żadnych zasuw nie remontowano. Dla zmylenia wędkarzy po zaporze chodziło jakiś dwóch facetów z wiaderkiem obrazeksmoły i wlewali ją w szczeliny pomiędzy betonowymi płytami. W szczeliny smołę, do gardła piwo, a w ty czasie po zbiorniku jeździły spychacze i zgarniały zwały ziemi znad żwiru, który po ponownym zalaniu zbiornika był wydobywany przez pływające koparki. Dla firmy, która z tego żwiru żyła, takie rozwiązanie jest bardzo korzystne. Dla nas wędkarzy stała się tragedia. Ryb w zbiorniku było jak na lekarstwo za sprawą, co najgorsze, wędkarzy – działaczy, którzy się na to zgodzili. Nie chcę na nikogo mówić, że miał z tego korzyści, ale to tragedia,kiedy do władz związku wybieramy ludzi, którzy albo się nie znają, albo są cwaniakami.
Mietków na moich oczach umarł. Później, po tych spuszczeniach wody, były jakieś zarybienia, ale jaki owoc przyniosły, o tym można się przekonać w szczycie sezonu – wędkarzy jak na lekarstwo, a z łowienie sandacza graniczy z cudem.
Henryk Chęćka
Kąty Wrocławskie


obrazek
SPOSOBY
O echosondach wówczas jeszcze nie za wiele słyszeliśmy, a trzeba było znaleźć jakiś sposób na wyszukanie podwodnych, ale kamienistych górek. Początkowo pływałem z linka w ręce i ciężarkiem. Później wpadłem na lepszy i szybszy sposób wynajdywania takich miejsc.
Na rufie łódki przymocowałem antenę samochodową Do jej szpica uwiązałem 10 metrów plecionki, a na końcu 100 gramowy ciężarek. Wiosłowałem wolno. Linka lekko odchylona wyginała antenę. Kiesy ciężarek trafiał na dno powodował większy opór i antena bardziej się wyginała. Miałem informację o wznoszącym się dnie. Kiedy ugięcie anteny było stałe wiedziałem, że ciężarek idzie w mule. Kiedy antena drgała ciężarek szorował po żwirze lub kamieniach. Od tej chwili precyzyjne namierzenia łowiska nie stanowiło żadnego problemu. Pozostawało tylko odpowiednie ustawienie łodzi.

O okoniach każdy wie, że bardzo duże sztuki żyją samotnie. Nie wiem co to znaczy bardzo duże sztuki, ale dla mnie okoń 45. centymetrowy to okaz nie lada. A był taki dzień, że złowiłem ich na Mietkowie, jeden za drugim, z tego samego miejsca, dwadzieścia sztuk. Największy miał lekko ponad 50 centymetrów. Wtedy, jak na złość, nie miałem na łódce podbieraka. Żona wszystkie oknie podbierała do wiaderka, żaden nie uciekł, ale wszystkie trafiły do wody. A ja trafiłem na nie starym sposobem. Kiedy złowiłem pierwszego przyczepiłem mu, na cienkiej żyłce, jajko niespodziankę. Pomyślałem wtedy, że robię to na darmo bo tak duże okonie w stadach nie pływają. A jak się myliłem pokazało życie.
obrazek
Kalifornia monamur
Może sie to niejednemu spiningiście wydawać dziwne, ale wszystkie drapieżiki łowie mtylko na gumy Kalifornia. Innych gum nie mam, tylko kalifornie w różnych kolorach. Żadnego koloru nie wyróżniam, jako lepszy od innego, bo każdegontymetrowe gumy zakładam na głł dnia jakiś konkretny kolor się sprawdza. Te siedmiocentymetrowe gumy zakładam na główki o wadze od 5 do 30 gramów.