PRZYKOSA

Od piętnastu lat p. Józef Błaszkiewicz jest wiślanym rybakiem. Mieszka w miejscowości Czarże,  kilkanaście kilometrów od Bydgoszczy. Od PZW w Toruniu dzierżawi dwa kilometry Wisły na odcinku od Kozielca na lewym brzegu do Czarża na prawym.  Jest  to 786. i 788. kilometr Wisły od jej źródeł.

obrazek

obrazekCichy jest ten kawałek rzeki,  bo ludzi tu mało. Jeszcze za Kozielcem widać samochody i wędkarskie stanowiska. Dalej z biegiem Wisły brzeg jest bardzo wysoki, a na  trawersach osiadły bogate rezydencje. Wzdłuż rzeki jazdy nie ma,  bo teren trudny. W kilku miejscach drogi zostały zaorane, a drogę gminną poprzegradzali nowobogaccy.   Gdyby nie te utrudnienia, zapewne  wędkarzy byłoby więcej,  bo to brzeg od strony bydgoskiej aglomeracji. Na prawy brzeg Wisły, w okolice Czarża, mało kto się wyprawia, bo od miasta jest ponad dwadzieścia kilometrów.
Kiedyś Wisłę od Kozielca do Nowego dzierżawiła spółdzielnia rybacka Łosoś i na stu kilometrach było 23 rybaków. Dzisiaj na tym  samym odcinku łowi ich sześciu. Jest za to więcej kłusowników, a paru z nich to dawni rybacy.
obrazekO swoim kawałku Wisły p. Józef mówi, że jest doglądany tylko przez Państwową Straż Rybacką. Mówi też, że są spore zarybienia, ale nie jest z nich zadowolony,  bo zarybia się wyłącznie drapieżnikami. Przez kilka kolejnych  lat tarła leszczy były nieudane. Owszem, leszcze się wytarły, ale w kilka dni później woda w rzece opadła o więcej niż  metr i cała ikra wysychała na odsłoniętych trawach. To jest główny powód drastycznego ubytku tej ryby.  obrazekUdział w spadku ilości leszczy i innych ryb  ma też babka bycza, nasz nieproszony gość znad Mórz: Czarnego i Kaspijskiego.  W dużej ilości pojawiła się pięć lat temu i ciągle jej  przybywa, a tyle o niej wiadomo, że żywi się ikrą  naszych rodzimych gatunków.
Żeby się przekonać,  jaki tu jest rybostan,  płynę na podebranie żaków postawionych na podpiachu.
Wisła tworzy przykosy. Miejscowi nazywają je piaskiem. Jedne przykosy są krótkie,  inne zajmują trzy czwarte szerokości rzeki. Wszystko zależy, jakie w danym miejscu Wisła ma meandry. Na krótkich przykosy są niewielkie, ale strome i bardzo głębokie. Niektóre przykosy widać, bo świecą złotym piaskiem znad powierzchni albo tuż spod wody. Dalej  z biegiem rzeki są kolejne przykosy, ale widać je słabo nawet przy bardzo niskim stanie wody. Na tych pierwszych ryby się  trzymają,  na  drugich jest ich jeszcze więcej. Te przykosy, by dobrze rozpoznać ich ułożenie,  p. Józef  sonduje wiosłem. To specjalne wiosło. Jest wykonane z dębowego  drewna, bo musi być ciężkie, ma cztery mery długości i pióra  okute salową listwą, żeby się drewno na kamieniach nie strzępiło. Pod widocznymi przykosami ustawia się żaki, na  głębszych sieć puszcza się w  spławie. To, co jest poniżej przykosy,  rybacy  nazywają podpiachem.
obrazekNie każdy podpiach  jest dobrym łowiskiem,  bo ze stromego uskoku ciągle sypie piaskiem. Ryby tego nie lubią, więc p. Józef ustawia sieci w pewnej odległości od uskoku. Przykosy są daleko od brzegu, a w nieckach  za nimi żyją wszystkie gatunki ryb występujące w rzece. Są tu niepokojone  tylko przez rybaka i kormorany, więc to swoista ostoja. Właśnie w takie miejsce popłynąłem na podbieranie żaków.
Żaki stały trzecią dobę. Było w nich kilkadziesiąt babek byczych, kilkanaście okoni (największy miał 15 cm) i jedna uklejka.
obrazekTo miejsce w początkach czerwca, a właśnie o tej porze wyciągamy żaki, nie jest jednak reprezentatywne dla rybostanu Wisły. Ryby są w starorzeczach albo  tuż przy brzegu, bo zostały tam po tarle lub dopiero teraz się   wycierają. Przy trawach jest tyle drobnicy, że nawet bolenie są leniwe i nie biją, ale z leszczami rzeczywiście jest kiepsko. Za nockę można złowić co najwyżej dwie sztuki, czasami  trzy, częściej tylko jednego, tak mówią zagadnięci wędkarze. Dopiero kiedy Wisła odsłoni piaszczyste brzegi, ryby  ściągają w nurt i pod przykosy. Wtedy wędkarzom trudniej po nie sięgnąć, szczególnie po sandacze, sumy, nawet po leszcze, ale gdzieś pod koniec czerwca, czasami później, bo to zależy od temperatury i poziomu wody, zaczyna się pierwszy ciąg łososi. Trwa z przerwami do jesieni. Niekiedy widać, jak się łososie spławiają, a z niektórych główek można je podpatrzyć,  jak przystępują do budowy gniazd tarłowych. Czerwcowe i jesienne łososie lśnią srebrem, łowione w tym samym czasie trocie mają grzbiety czarne.
Największy łosoś, który wpadł w sieci p. Józefa, ważył 14,5 kg, a  majowy miętus 3,5 kg. Węgorzy nie łowi  już od dawna, jakby ich  w ogóle nie było. Za to od pięciu lat z roku na rok w Wiśle pojawia się coraz więcej cert.
Wiesław Dębicki