SUM 88 KG

Dowiedziałem się z telewizji, że w Odrze, koło Szczecina, złowiono ogromnego suma ważącego ponad osiemdziesiąt kilogramów. Zacząłem poszukiwać jego łowcy. Trafiałem na informatorów, którzy owszem, coś o tym słyszeli, ale o wędkarzu nie byli w stanie nic bliższego powiedzieć (dziennikarka ze szczecińskiej telewizji, która przygotowała materiał nadany na całą Polskę, nie chciała udzielić jakiejkolwiek informacji). Usłyszałem za to, właśnie od przypadkowych informatorów, że sum nie został prawidłowo złowiony, tylko podcięty, bo jego łowca jest znany z tego, że łowi ryby tylko na podcinkę. Mówiono mi również, że sum wcale tak dużo nie ważył, a nawet, że złowiono go w okresie ochronnym. Przyjmowałem te wiadomości z dużym niepokojem, bo dobrze wiem, sam widziałem, jak niektórzy "łowią" w kanale z ciepłą wodą wypływającą z elektrowni Dolna Odra. Kiedy wreszcie dotarłem do łowcy, pana Zygmunta Kalinowskiego, byłem bardzo mile zaskoczony. A gdy zaczął opowiadać o swoim wędkowaniu, już po kilku jego zdaniach przypomniałem sobie nie tak dawną historię ze złowieniem karpia. Było to tak.
Napisaliśmy kiedyś, że Józef Podskok z Janowa Podlaskiego złowił karpia, który ważył 25 kilogramów. Po tej publikacji do redakcji przyszły listy i e-maile, odebraliśmy też kilka telefonów. Dowiedzieliśmy się z nich, że ten połów to lipa, bo nie da się wyłowić z rzeki tak dużej ryby na taki delikatny sprzęt. To był najdrobniejszy zarzut. Inne były cięższego kalibru. Na przykład: po białoruskiej stronie bili ryby agregatem prądotwórczym i ogromnego karpia, który został porażony, woda zniosła na nasz brzeg. Wtedy Podskok wyjął go z wody i jest na to sześciu świadków. Z innego listu dowiedzieliśmy się, że Józef Podskok razem z ojcem zarzucili sieć i wpadł w nią ogromny karp. Tym razem tę scenę, jak podawał autor listu, widziało aż ośmiu wiarygodnych świadków. Były też donosy, że sznur, że spiningowa podcinka, a ludzie wszystko oczywiście widzieli i są gotowi to potwierdzić. Kiedy się potem z tym wspaniałym wędkarzem spotkałem, pozwoliłem sobie na żart. - Józefie - zapytałem - dlaczego zgłosiłeś do nas tylko jednego karpia, przecież masz mnóstwo świadków, że nałowiłeś ich wiele? Odpowiedział na to: - O ludziach trzeba pisać, o tym, co potrafią zrobić, a nie o rybach.

Postanowiłem, że podczas rozmowy z Zygmuntem Kalinowskim będę o tej radzie pamiętać.

- Jak długo pan wędkuje? - takie było pierwsze pytanie, jakie zadałem łowcy okazałego suma. Odpowiedź pokazała, że z nieprzeciętnym wędkarzem miałem do czynienia.
- Od urodzenia - odpowiedział i nie było w tym przesady. Urodził się w Olecku, a rodzinna posesja dotykała wód jeziora Olecko Wielkie. Ojciec Jan, zagorzały wędkarz, zabierał go łódką na wędkarskie wyprawy, kiedy dzieciak nie potrafił jeszcze dobrze chodzić. Lekką bambusówką zaczął łowić, gdy tylko zdołał ją utrzymać w ręce. I łowi do dzisiaj. Z dalekiej Suwalszczyzny za pracą trafił do Szczecina i tutaj też znalazł swoje wędkarskie eldorado. Na szczecińskich wodach upodobał sobie przepływankę. Bardzo lubi łowić nią rozpióry, ale jedenastego listopada, w dniu narodowego święta, wybrał się nad Odrę ze spiningiem. Towarzyszył mu Waldemar Antoniak, wiemy od wielu lat kompan wędkarskich wypraw, a zarazem nauczyciel spiningowej sztuki, której jest wiemy już od wielu lat.

Ta część Odry, na którą się wybrali (przed Mostem Celnym), jest bardzo dobrze znana. W wolne dni wędkarzy jest tam tylu, że nie ma gdzie zarzucić wędki. Łowią białą rybę, sandacze, a także sumy. Ryby tam dużo, ale jest też ogromna ilość zaczepów, dlatego wielu wędkarzy łowi z łódek.

Dzień był pochmurny i bezwietrzny, temperatura powietrza około 6 stopni. W przeddzień było podobnie i ryby nie brały. Pewnie dlatego w święto wędkarze nie dopisali. Pan Zygmunt bez trudu znalazł miejsce na zniszczonej kładce i zaczął spiningować. Była godzina siódma rano i do dziewiątej, poza złapaniem kilku zaczepów, nie działo się nic. Zmienił tylko zestaw na cięższy. Zaczynał łowienie dżigiem 17-gramowym, ale uciąg wody był na tyle silny, że słabo wyczuwał uderzenia przynęty o dno. Wziął więc dżiga o wadze 21 gramów i założył na niego pomarańczowe kopyto z czarnym grzbietem. Zarzucał lekko pod prąd, a kiedy przynęta dotknęła dna, podciągał ją do siebie i od czasu do czasu lekko podrywał. Głębokość w nurcie dochodzi tam do 9 metrów, a dżig podprowadzany do brzegu trafia w zaczepy w starej, jeszcze przedwojennej, faszynie. Rzucając w nurt i ściągając przynętę pan Zygmunt wytrwał w jednym miejscu, na pomoście.

Była godzina dziewiąta, kiedy dżig ugrzązł w zaczepie. P. Zygmunt napiął wędkę i próbował przynętę uwolnić, kiedy zobaczył, że żyłka przesuwa się pod prąd. Pomyślał, że ma dużego sandacza, później, że kilkunastokilogramowego suma, ale kiedy plecionka zaczęła się wysnuwać z warkotem kołowrotka, wiedział, że ryba jest większa niż początkowo sądził. P. Waldemar, który nałowił się już sumów ważących 12 - 15 kilogramów, powiedział: "Masz dużego, bardzo dużego suma".

Ryba najpierw wyciągnęła około 30 metrów plecionki. Z początku walczyła w miejscu, a po dziesięciu minutach ruszyła z prądem. Odzyskał jakieś 15 metrów plecionki, a sum dalej spływał z nurtem, na przemian to się zatrzymując, to dalej wybierając linkę z hamulca. Wtedy p. Zygmunt był już pewny, że na haku ma naprawdę ogromną rybę. Ogarnęły go wątpliwości, czy zdoła ją wyciągnąć. - Załatw jakąś łódkę - powiedział do przyjaciela. - Udało się. Akurat przyjechał wędkarz, który zamierzał łódkę zwodować. Wraz z p. Waldemarem szybko się z tym uwinęli i łowca wsiadł do niej jako pasażer. Walka z sumem trwała około pięćdziesięciu minut. Właściciel łódki cały czas wiosłował, starając się utrzymywać ją nad sumem.

- Kiedy pływałem łódką i walczyłem z sumem, zaczęło się coś mało przyjemnego - wspomina Zygmunt Kalinowski. - Wędkarze, którzy spiningowali z brzegu, dobrze wszystko widzieli, a mimo to rzucali tak, jakby świadomie chcieli złapać za moją linkę. Zresztą tak się kilka razy stało. Po brzegu biegał mój przyjaciel i prosił, żeby tego nie robili. Jeden wprawdzie urwał przynętę, która była zaczepiona o moją linkę, ale chyba zrobił to tylko dlatego, że kolega obiecał mu, że zwróci mu pieniądze.
Przez cały czas sum był bardzo mocny i w zasadzie robił to na co miał ochotę.

- Płynął kawałek, a potem murował do dna - wspomina p. Zygmunt. - Byłem bardzo zmęczony,.a do tego jeszcze nerwy ... Parę razy przepływaliśmy obok innych wędkarskich łódek. Prosiłem właścicieli, żeby podnieśli kotwicę, bo może mi się w nią ryba wplątać. Słyszałem odpowiedzi typu:

"To ją sobie poprowadź w inną stronę". Kiedy za którymś razem sum znowu pociągnął nas w tamtym kierunku, byłem tak zrezygnowany, że chciałem odciąć linkę, żeby już nie słyszeć takich uwag. W końcu jednak sum przymurował mocno i udało się przez dłuższą chwilę utrzymać nad nim łódkę. Po którymś z kolei mocnym podciągnięciu oderwał się od dna, a na powierzchni wody pokazały się ogromne bąble, jakby kilku nurków jednocześnie wydmuchiwało powietrze. Za chwilę sum pokazał się na powierzchni 10 metrów od łódki. Podciągnąłem się do niego na wędce i kiedy myślałem, żeby go podebrać osęką, zanurkował tak mocno, że wędka z kołowrotkiem znalazły się pod wodą. Chyba dopiero w tym momencie zdałem sobie sprawę jaka to bardzo mocna ryba. Sum poszedł do dna z takim impetem, jak gdyby się walka dopiero przed chwilą zaczęła. Po niedługim czasie udało mi się znowu podciągnąć go do powierzchni i sum powtórzył ten manewr, ale teraz zacząłem wyczuwać, że słabnie. Najpierw próbowałem go zahaczyć osęką koło pyska, ale się nie udało. Dopiero za drugim razem przebiłem mu skórę bliżej ogona. Właściciel łódki, nieznany mi wędkarz, który okazał się tak wspaniałym kompanem w przygodzie, zaczął wiosłować do brzegu. Zanim łódka dotknęła lądu, wskoczyłem do wody (byłem w woderach) i z pomocą dwóch innych wędkarzy wyciągnęliśmy suma na brzeg. Kiedy na niego patrzyłem, nie mogłem uwierzyć, że udało mi się złowić tak dużą rybę. Była ogromna. Drżałem z emocji, patrzyłem na nią, kiedy leżała na trawie, i chyba dopiero w tej chwili dotarło do mnie, jaką ogromną rybę złowiłem. Kiedy usiłowaliśmy suma włożyć do bagażnika, bądź co bądź dużego samochodu, opel kombi, przyszło nam to z dużym trudem. Wspólnymi siłami wciągaliśmy i staraliśmy się ułożyć tak, by łeb lub ogon nie był przy kierownicy bądź ogon nie zwisał za samochodem. Akurat nikt nad wodą nie miał aparatu fotograficznego, a o wadze, na której można by tu taką rybę zważyć, nikt nawet nie myślał. Zdjęcia porobiliśmy dopiero koło domu, przy garażu. Tam też sum został zważony i zmierzony. Miał 88 kilogramów i był długi na 225 centymetrów.

Tyle opowieści pana Zygmunta. To prawda, że do złowienia tak ogromnej ryby potrzeba trochę szczęścia, ale i ono na nic by się nie przydało, gdyby nie obycie z wędką i wieloletnie doświadczenie. O tym pan Zygmunt może i chce rozmawiać. O wspaniałej pasji, którą zaszczepił w nim ojciec. Fascynacja samym wędkowaniem jest w nim tak duża, że kiedy zapytałem go o model wędziska i typ kołowrotka, o markę plecionki, na którą łowił, nie potrafił odpowiedzieć. Owszem, wie, że kij to Shimano, kołowrotek D.A.M., ale po co mu znać jakieś symbole? - Sprzęt ma leżeć w ręku i to jest najważniejsze mówi. Rozmowa o przynętach potwierdza jego duże doświadczenie. - Nie można się upierać przy jednej przynęcie, choćby się wcześniej złowiło na nią wiele ryb. Trzeba je ciągle zmieniać, bo wraz z tym zmienia się ich kolor i akcja. W końcu trafi się na taką, która będzie rybom odpowiadać.

Rozmawialiśmy o wielu sprawach, ale jednego tematu pan Zygmunt unikał. Nie chciał komentować zachowania się niektórych wędkarzy wtedy, kiedy holował suma. Jest natomiast ogromnie wdzięczny właścicielowi łódki. To dzięki niemu wyholował swoją wielką zdobycz, a z pomocą sam się zadeklarował.
Wiesław Dębicki