BEZ STERU LEPIEJ

Wiosną boleniowe szaleństwo w Wiśle trwa zazwyczaj kilkanaście dni. Ryby skupione w stada i wygłodzone po tarle biorą dosłownie na wszystko. Może to być twister, ripper, wobler, wahadłówka, byle przynęta była jasna, zarzucona daleko i szybko ściągana. Około połowy maja dobry okres się kończy i od tego czasu połów boleni staje się nadzwyczaj trudny. Zaczynam wtedy łowić w nurtach poniżej zwężeń i główek na wolno podciąganego przy powierzchni woblera bez steru.


W boleniowym pudełku mam jednoczęściowe woblery długości 7 - 10 cm. Najczęściej łowię na „dziewiątki”.
Za dnia zakładam jak najwierniejsze imitacje uklejki, a więc woblery spłaszczone, ze srebrzystymi bokami, białym brzuchem i ciemnym grzbietem. Pod wieczór i w nocy łowię na woblery całkiem białe lub srebrzyste z niebieskim grzbietem. Do łowienia z prądem wody i w poprzek rzeki dobre są egzemplarze tonące, bo da się nimi daleko rzucić. Kiedy wypadnie mi łowić w dół rzeki lub wypuszczać woblera z prądem, zakładam modele pływające. Wybieram woblery o słabej pływalności (dobrze dociążone), bo można je daleko rzucać, a przy prowadzeniu nie smużą po powierzchni. Czasami trafi się egzemplarz, który po założeniu kotwic ledwie utrzymuje się na powierzchni, a zanurzony pod wodę bardzo wolno wypływa lub pozostaje w toni na niezmienionej głębokości (tak zwany wobler neutralny). Dla mnie to skarb, bo nie dość, że nadaje się do łowienia pod prąd, to jeszcze mogę nim daleko rzucać.



Z dostępnych na rynku woblerów polubiłem „uklejki” Kamatsu, srebrzyste Rapale Orginal 9 cm i Long Cast 8 cm oraz tonące „uklejki” Salmo 7 cm. Ostatnio dobre wyniki zapewniają mi woblery J. Furmańskiego z Tarnowa (na zdjęciu), łudząco podobne do uklejek. Większe woblery uzbrajam w kotwiczki nr 6, a mniejsze w nr 8. Obie tej samej wielkości, bo wtedy wobler jest dobrze wyważony i w locie rzadko zaczepia o żyłkę. Boleń zaciska szczeki tak mocno, że egzamin zdają tylko kotwiczki o zwiększonej wytrzymałości. Najbardziej cenię sobie kotwice Owner ST-36X. Ponieważ przy moim sposobie łowienia woblery nie pracują na boki, wiążę je bezpośrednio do żyłki, żeby z przodu miały jak najmniej żelastwa.
Wszystkim boleniowym woblerom, z wyjątkiem Rapali Long Cast, obcinam stery. Z początku tego nie robiłem i wyniki były takie sobie. Kiedyś ster mi się złamał, a zapasowego woblera nie miałem. Okazało się, że na bolenie taka okaleczona przynęta jest o klasę lepsza. Brań mam teraz więcej, a i zacięcia są skuteczniejsze. Przy wolnym prowadzeniu boleń ma czas, żeby się przynęcie przyjrzeć. Wobler musi być bardzo podobny do żywej uklejki, bo inaczej boleń rezygnuje z ataku, zwłaszcza gdy jest stary i doświadczony, a na takich zależy mi najbardziej. Liczy się nie tylko wygląd przynęty, ale i jej praca. Podciągany wobler bez steru płynie w wodzie spokojnie, tak jak prawdziwe uklejki. Wobler ze sterem dla bolenia pracuje chyba zbyt agresywnie.
Wobler bez steru ściągany z prądem lub podciągany pod prąd zachowuje się tak samo Pozwala mi to obłowić stanowisko ze wszystkich kierunków. Zwykłe woblery schodziły za głęboko. Woblery bez steru, o ile są odpowiednio wyważone i dociążone, nawet przy gwałtownych podciągnięciach pracują tuż pod wierzchem, czyli w tej warstwie wody, gdzie latem bolenie polują najczęściej.



Ponieważ bolenie nie mogą szeroko otworzyć pyska, muszą chwytać uklejki od przodu albo od tyłu. Nigdy z boku. Przy bardzo szybkim prowadzeniu atak często następuje od tyłu, ale jeśli przynęta porusza się wolno, to bolenie ją wyprzedzają i chwytają od głowy (prawie wszystkie moje bolenie zapięły się na przedniej kotwiczce). Wprawdzie przeszkadza im wtedy żyłka, ale w moim przypadku jest ona mniej napięta, bo woblery bez steru stawiają wodzie mniejszy opór. Prawdopodobnie boleniom łatwiej je wessać. To by tłumaczyło większą skuteczność zacinania (60 - 80% udanych zacięć, przy łowieniu na woblery ze sterem tylko około 50%).



Bolenie bardzo nie lubią, gdy wędkarz łazi po brzegu. Dlatego po zajęciu dobrego miejsca nie ruszam się na krok. Rzucam tam, gdzie widać stada żerujących uklejek, uderzenia drapieżników lub skupisko mew. Kiedy nic takiego się nie dzieje, całe łowisko obławiam kilka razy wachlarzem. Najpierw rzucam tonącymi woblerami w górę i w poprzek rzeki. Kij jest cały czas wzniesiony, żeby ta część żyłki, na którą napiera woda, był jak najkrótszy. Luz wybieram kołowrotkiem tylko na tyle, żeby mieć jaki taki kontakt z przynętą. Przy łowieniu w poprzek podciągam woblera kołowrotkiem jak najwolniej. Co kilka sekund nadaję „uklejce” (przynęcie) pozory życia podciągając ją szczytówką dwa - trzy razy po kilkanaście centymetrów.
Potem wobler tonący zmieniam na pływający lub neutralny i rzucam nim coraz dalej w dół rzeki, w końcu spławiam go do miejsca, gdzie warkocz nurtu się rozmywa. Im niżej łowię, tym mniej ściągam wobler kołowrotkiem. Przeważnie tylko go przytrzymuję. Kiedy spływa w poprzek rzeki, co kilka sekund ruszam szczytówką. Wygląda to tak, jakby uklejka oczkowała, zbierała z powierzchni owady.
Przy prowadzeniu cały czas obserwuję wodę tam, gdzie spodziewam się bolenia. Brania są przeważnie bardzo agresywne, ale czasem się zdarza, zwłaszcza przy ściąganiu woblera z prądem, że atakująca ryba uderza w moją stronę i na wędce tego nie czuję. Dlatego zacinam niezwłocznie, gdy tylko zobaczę błysk ryby w wodzie lub kotłowaninę na powierzchni.
Bolenie biorą zazwyczaj na skraju nurtu, czasem w nurcie, bardzo rzadko w spokojnej wodzie. Najwięcej uderzeń mam o zmierzchu, potem jest godzina przerwy i przed północą bolenie znowu ruszają na żer. Wieczorem i w nocy częstym przyłowem jest sum, dlatego na kołowrotku zawsze mam duży zapas żyłki. Przydaje się to także wtedy, gdy duży boleń ucieka z nurtem. Ale i tak nie ze wszystkimi udaje mi się wygrać. W zeszłym sezonie straciłem w ten sposób kilka woblerów.
Dariusz Materna
Kokotów k. Krakowa