11. PUCHAR "WĘDKARZA POLSKIEGO"

11. Puchar “Wędkarza Polskiego” rozegraliśmy na Odrze na odcinku od ujścia Pliszki do ujścia Warty. To blisko 50 - kilometrowe łowisko, popularne, bo rozmaite zawody odbywają się tutaj często. Wystartowało 114 zawodników.








Na całym odcinku, na którym wędkowaliśmy, Odra ma podobny charakter. Główki obsypane kamieniami, gdzieniegdzie opaski, miejscami bardzo wysokie i piaszczyste skarpy opadające do samej wody, wiele rozległych nadbrzeżnych łąk, a czasami las rosnący przy samym brzegu. Podczas regulacji koryta na brzegi naniesiono ogromną ilość kamieni. To sprawia, że ryby mają wiele kryjówek i doskonałe warunki do rozrodu. Jednym słowem woda nie do przełowienia.
Okazało się jednak, że Odra, choć wszędzie podobna, ma swoje lepsze i gorsze miejsca. Przekonali nas o tym startujący w zawodach miejscowi wędkarze. Tuż po komendzie “Można wychodzić!” popędzili w dobrze sobie znane, z góry upatrzone  miejsca. Jak się jednak później okazało, takimi miejscami Odra jest wybrukowana. Świadczyły o tym wyniki wędkarzy, którzy albo łowili w Odrze pierwszy raz w życiu, albo znali ją tylko z grubsza, a na zawodach poszli w niewiadome. Ale gdziekolwiek poszli, i tak do wagi prawie wszyscy przynosili to samo. 90 procent wszystkich złowionych ryb stanowiły bolenie.
Do dzisiaj jest to ryba dla wielu wędkarzy nieosiągalna. Wymaga ona nielichego wędkarskiego doświadczenia, cierpliwości i spokoju nad wodą. Nic zatem dziwnego, że wielu uczestników Pucharu wcale się na bolenie nie nastawiało sądząc, że koledzy chodzący brzegiem je wypłoszą. Nie liczono też na szczupaki, kręcono nosem na sandacze,  bo w tym i poprzednim roku stan wody w Odrze był i jest niski. Szczupaki i sandacze trzymały się  tylko przy tych nielicznych główkach, gdzie były duże głęboczki.  Wszystkie pozostałe ryby  z tych rodzin zajęły stanowiska na środku koryta. Zawodnicy byli więc pewni, że nałowią dużo kleni, bo to doskonała ryba spiningowa, a w Odrze jest jej bardzo dużo. Wprawdzie sztuki o wadze kilku kilogramów trafiają na kije coraz rzadziej,  ale 30 - centymetrowych jest jeszcze całkiem sporo. Jak to jednak w wędkarskim życiu bywa, niespodzianka goni niespodziankę. Tym razem  większość kleni przebywała na tarliskach, okoni było jak na lekarstwo, pozostawały więc bolenie, które “robiły wagę”. Złowili je nawet tacy zawodnicy, którzy z tą rybą nigdy dotąd nie mieli do czynienia. Pomogło im w tym ogólne wędkarskie doświadczenie, sprzęt, którym bez trudu rzucali na kilkadziesiąt metrów, oraz odpowiednie przynęty.
Większość boleni  złowiono na woblery  Jarosława Stojka, który miał przy sobie większy ich zasób. Ale po pierwszym dniu, choćby zabrał ich z sobą nie wiadomo ile, i tak osiągnęłyby cenę złota. Jarosław Gusman,  którego woblery boleniowe są również świetne, miał ich na zbyciu raptem kilka, a Dariusz Mleczko boleniowe woblery robi głownie dla siebie, więc poza nim miało je tylko dwóch, może trzech jego kolegów. Wprawdzie wędkarze z Gorzowa Wielkopolskiego również łowili bolenie na swoje oryginalne woblery, ale jeszcze nie są one tak bardzo znane, żeby wywoływały taką samą gorączkę.
Po pierwszym dniu zawodów, kiedy się okazało, że to właśnie bolenie zadecydują o zwycięstwie, do  późna w nocy trwały rozmowy o tym, w jakich miejscach stoją, jak biorą, jak należy prowadzić przynęty i w jakich godzinach są najlepsze brania.
Te zawody były doskonałą lekcją  łowienia boleni. Wielu uczestników Pucharu pierwszy raz się z tą rybą zetknęło. To bardzo piękne, że nauka udzielana przez bardziej doświadczonych kolegów dała takie wyniki. Bo prawdę powiedziawszy, najlepszy sposób na bolenia to słuchać i podglądać mistrzów i jeszcze dostać dobrą przynętę. W drugim dniu zawodów niektórzy  zawodnicy, gdy już złowili swój komplet boleni (3 sztuki),  oddawali wobler koledze, żeby i on mógł coś dołowić. To oni właśnie byli kandydatami do nagrody Fair Play fundowanej co roku przez Policyjne Towarzystwo Wędkarskie z Dzierżoniowa. Otrzymał ją jednak Tomasz Zolner za to, że wrzucił do wody znalezione na brzegu ryby. Świeże ryby, które zapewne żadnemu zawodnikowi nie wypadły.
To bardzo przykre sprawy i niestety coraz częstszy dodatek do każdych zawodów. Mówi się o nich często, prawie nigdy nie pisze, by nie obrazić całej gromady Bogu ducha winnych ludzi tylko dlatego, że jeden z nich postąpił wbrew zasadom koleżeństwa. Nasz wspólny interes jednak wymaga, by nad wodą bacznie obserwować nie tylko ryby.
Tomasz Zolner przyjechał z Nowej Dęby razem z dwójką kolegów. Łowią głównie w Wiśle, bolenie to dla nich nie pierwszyzna, ale  odrzańskie pokazały im pazury. Nie mogli sobie dać z nimi rady. Potwierdzali to spiningiści z Puław, których również odrzańskie bolenie pokonały. “Stoją w innych miejscach - mówili - i w ogóle nie reagują na nasze przynęty”.
Znad brzegów Narwi wraz z wędkarzami z Ostrołeki przywędrował bezsterowy wobler, który jest kilerem na tamtejsze bolenie. Niestety, on też odrzańskim boleniom nie zasmakował. A  jest to przynęta, można powiedzieć, doskonała. Ma zwarte kształty, jest doskonale wyważona, ciężka,  łatwo ją rzucić na kilkadziesiąt metrów. Widać tu, nad  Odrą, jeszcze nie przyszła na nią pora.
Kluczem do sukcesu była umiejętność czytania wody. Potwierdzają to wypowiedzi wszystkich zawodników, a także nasze obserwacje. Zawodnik pewny swego miejsca siedział tam nawet godzinę i czekał na odpowiedni moment, by   podać  rybie  przynętę. Znajomość rzeki pozwoliła osiągnąć doskonały  wynik Krzysiowi Kozakowi. W Nysie Kłodzkiej łowi klenie od dziecka. Wie, gdzie ich się można  spodziewać, poznał ich upodobania do przynęt,  więc kiedy po komendzie “Start” wszyscy ruszyli na poszukiwanie główek boleniowych, on kilkadziesiąt metrów od sędziowskiego stolika zalazł rozmytą główkę będącą  królestwem kleni. Wprawdzie brały bardzo kiepsko, ale osiem ładnych sztuk zdołał wymęczyć. Więcej od niego nikt ich nie złowił. Dodał do nich jeszcze bolenia.
Średnio każda złowiona podczas  Pucharu ryba ważyła ponad kilogram. Tę sporą przecież wagę dawały właśnie bolenie, ale pierwszego dnia, kiedy jeszcze nie wszyscy się zorientowali, że właśnie te ryby trzeba łowić, sporo czasu poświęcali na tak zwane zapunktowanie. Na zawodach o Puchar WP to błąd. W naszej bowiem formule liczy się waga złowionych ryb, a nie ich ilość.  Nie opłaca się więc szukać okonków ani  nawet małych kleni. Przy wadze potrzebna jest duża ryba i  do tego celu należy się przysposobić i sprzętowo, i psychicznie. Takie bowiem ryby nie biorą zbyt często i musimy być cały czas przekonani, że   podjęliśmy  słuszną decyzję. To podstawowy element wędkarskiego rzemiosła.







Oddajmy teraz głos uczestnikom Pucharu. Ich wypowiedzi dobrze oddają
klimat polowania na ryby.


Bolesław Babicz
z Wielkiej Puszczy

Po raz pierwszy w życiu łowiłem w Odrze. Z początku nastawiałem się na klenie i jazie, ale te ryby brały bardzo słabo. Złowiłem co prawda trzy klenie ważące po kilogramie,  ale zajęło mi to prawie całą pierwszą turę. Szukając ich obłowiłem około dwudziestu główek. Kiedy je wreszcie namierzyłem, zostałem tam już do końca, choć żerowały nieregularnie. Wszystkie złowiłem w warkoczu na woblery zwane góralami. Niektóre z nich są podobne do jugoli, a   robi je Wojciech Mazur z Bielska-Białej. Skradając się na szczyt główki zobaczyłem, że dwa klenie się spławiły w warkoczu, więc doczołgałem się na szczyt, odczekałem chwilę, żeby wszystko się uspokoiło, i leżąc podałem im przynętę. Uderzały w wobler przytrzymywany w warkoczu.
Tym samym woblerem próbowałem łowić bolenie, które zaczęły się pokazywać około południa, ale wyraźnie im nie pasował. Prawdopodobnie miał za szeroką akcję.
Kiedy zobaczyłem, ile boleni padło w pierwszym dniu zawodów, doszedłem do wniosku,  że to zdobycz łatwiejsza i pewniejsza niż klenie, więc w  drugim dniu  innych ryb już nie szukałem. Bolenie też łowiłem w warkoczach, ale na takie woblery, które schodziły głębiej i miały drobniejszą akcję. Złowiłem dwie sztuki. Ze szczytu główki rzucałem przynętę w warkocz i prowadziłem ją w średnim tempie wzdłuż albo na ukos. Ponieważ wobler schodził głęboko, a bolenie coraz aktywniej żerowały przy samym wierzchu, wędkę cały czas trzymałem pionowo do góry.

Maciej Antończyk
z Mesznej

Byłem na wszystkich zawodach o Puchar “Wędkarza Polskiego”. Żeby i tym razem je zaliczyć, specjalnie skróciłem swój pobyt w Kanadzie. I nie żałuję. Odra to  jedna z najlepszych rzek, jakie do tej pory poznałem, a jej  odcinek w Słubicach na zawody nadaje się doskonale. Jest tu wiele stanowisk, piękne główki, dużo ryb. Z tegorocznych zawodów jestem bardzo zadowolony.
W pierwszym dniu szukałem kleni. Widziałem co prawda żerujące bolenie, ale były poza moim zasięgiem. Znad wody zszedłem bez ryby. Drugiego dnia nastawiłem się tylko na bolenie. Znalazłem dobrą główkę i już o dziesiątej miałem komplet. Bolenie były na całej długości warkocza. Grasowały także w klatkach, a nawet na otwartej wodzie. Woblery Wojciecha Mazura z Bielska-Białej przerzucałem przez warkocz i dość szybko, nieregularnymi pociągnięciami, przeprowadzałem je w poprzek albo na ukos nurtu. Żeby nie pracowały zbyt głęboko, przygiąłem w nich poliwęglanowe stery, bo było widać, że bolenie polują płytko i stoją na krawędzi warkocza. Brały, gdy  tylko wobler wychodził z prądu na spokojniejszą wodę. Miałem problemy z zacinaniem. Na dziewięć brań złowiłem trzy, choć używałem sztywnego sandaczowego kija z miękką wklejoną końcówką.
Po złowieniu trzeciego bolenia oddałem główkę partnerowi i poszedłem szukać kleni. Nachodziłem się, obłowiłem kilka główek, ale kleni nie znalazłem. To były wyraźnie dni boleniowe.


Marian Makówka
z Bolesławca

Do tej pory tylko raz opuściłem zawody o Puchar WP,  więc można powiedzieć, że jestem weteranem. W tym roku spodziewałem się lepszych wyników. Obrałem sobie złą taktykę i skutek był taki, że zszedłem znad wody o kiju. Zamierzałem łowić szczupaki albo sandacze, ale z tymi rybami było wyjątkowo słabo. Szukałem ich w klatkach pomiędzy główkami, niestety  bez skutku. Musiałem się przestawić na bolenie. Skrócone twistery, na które zwykle łowię u siebie w okolicach Cedyni, tutaj spisywały się słabo. Miałem co prawda kilka boleni na kiju, ale były niemiarowe. Jedyny duży - oceniałem go na jakieś cztery kilogramy - odszedł po zacięciu daleko poza warkocz i się wypiął. Niestety, nie miałem boleniowych woblerów, a jak się okazało, na tych zawodach właśnie one były  najlepszą przynętą. Ale podpatrzyłem, jak się to robi, woblery mam już zamówione, potrenuję trochę u siebie i myślę, że na drugi rok zaległości odrobię.

Wojciech Olszewski
z Torunia

Nie powiodła się próba przeniesienia na Odrę doświadczeń wiślanych. Niemal wszystkie przynęty, na które tam się łowi bolenie,  tutaj  całkiem zawiodły. Skuteczny okazał się wobler Stojki i zielonkawy skrócony twister uzbrojony w główkę typu koński łeb.
Zaskoczyła mnie odmienność obu rzek. U nas w  klatce pomiędzy główkami są stanowiska i sandacza i suma. Wiadomo też, gdzie jest jaź, a gdzie leszcz. Pomiędzy główkami rzeka żyje. Tutaj klatki były właściwie martwe. Nie było po co rzucać, bo tylko pojedyncze bolenie zapędzały się w nie za drobnicą.
Poza tym jeżeli ktoś nie chciał daleko chodzić,  to było mu ciasno. Dobre główki były na wagę złota. Trzeba było znaleźć główkę nieprzełowioną i jak najdokładniej ją obłowić, a nie wchodzić na pierwszą z brzegu, bo potem znalezienie lepszej graniczyło z cudem. Popełniłem ten błąd aż dwa razy. W pierwszym dniu trafiła mi się nienajlepsza. Postanowiłem ją zmienić. Przeszedłem z kilometr, ale wszystkie inne były zajęte, więc wróciłem na poprzednią. Zająłem ją po raz drugi rzutem na taśmę, bo już było na nią kilku chętnych. Od razu bardziej mi się spodobała. W drugiej turze też chciałem poszukać lepszej główki i  znów nie znalazłem. Kiedy wróciłem, ta dawna była już zajęta. Dopiero pod koniec zawodów, kiedy niemal wszyscy się rozbiegli, można było przebierać w główkach, tyle że już przełowionych. Skutek tych wędrówek był taki, że pierwszą turę skończyłem bez ryby, a w drugiej miałem trzy boleniowe brania, których nie udało mi się zaciąć, natomiast  wyjąłem jednego niedomiarka.

Zbigniew Figurniak
z Kluczborka

W tym roku zamierzałem łowić głównie szczupaki, bo myślałem, że powtórzy się scenariusz z 1998 roku. Ale rybostan Odry bardzo się zmienił. Łowisko ze szczupakowo-kleniowego zrobiło się boleniowe. Ktoś bez pojęcia o boleniach nie miał na tych zawodach szans, natomiast rasowi boleniarze mogli zabłysnąźc  swoją klasą.
Owszem, zaraz po starcie  wyholowałem szczupaczka, ale krótkiego. Wziął na obrotówkę. Na paproszki złowiłem też około piętnastu okoni, ale żaden nie miał miary. Kiedy po paru godzinach doszły mnie z różnych stron wiadomości, że inni  zawodnicy łowią bolenie,  założyłem odpowiednią gumę, ale nic z tego nie wynikło. Stałem na główce, przy której boleń się nawet nie pokazał, a o zamianie stanowiska na lepsze nie było nawet co marzyć.
Słysząc, że większość boleni padła na woblerki, kupiłem od kolegów z Podkarpacia kilka takich przynęt i w drugim dniu nastawiłem się tylko na bolenie. Rzucałem na napływ i ze szczytu główki w warkocz, ale choć miałem trzy podbicia, żadnej ryby nie udało mi się zaciąć. Nie pomogła założenie ostrzejszych kotwiczek. Żałuję, że od razu nie zacząłem od boleni.

Józef Urban
z Babimostu

Pierwszego dnia wymęczyłem tylko jednego bolenia, a drugiego  to one mnie skrajnie wkurzyły. Robiły ze mną co chciały. Klasyczna sytuacja: boleń wychodzi  do woblera pod sam wierzch, ale przed  woblerem robi nawrót i rzucaj sobie wędkarzu! Albo za woblerem fala się tylko podnosi, ale  zaraz opada. To boleń poszedł za przynętą i zrezygnował! Kiedy założyłem gumę, to uderzenie było takie, że wędka mało z ręki wyleciała, a boleń nie zapięty. (Tak się dzieje wtedy, gdy boleń uderza od przodu i trafia na żyłkę - przyp. J.K.) Można stracić nerwy. Zmieniałem główki, zmieniałem przynęty i nic. Zero! Rzucałem woblerami Stojki, Mleczki i Gusmana, a więc przynętom nic nie można zarzucić. Łowiłem na napływach, warkocze przeczesywałem wzdłuż i w poprzek, zmieniałem   tempo prowadzenia, próbowałem nawet łowić w zatokach między główkami. Nic nie pomogło. Kilkanaście ataków i żadnej ryby na brzegu.
A przecież z odrzańskimi boleniami znam się dobrze. Na co dzień łowię w okolicach Sulechowa. Co prawda głównie klenie, ale i bolenie nie są mi obce. Myślałem i dziś o łowieniu kleni, ale nie znalazłem główki z dobrym przelewem. Zdrowie już nie to, nie dałem rady ścigać się z młodymi, więc łowiłem tam, gdzie akurat trafiłem.
Coś musiałem robić źle. I w głowę zachodzę, co. Niby się człowiekowi wydaje, że wie wszystko, a tu go rutyna pali i ryby uczą pokory.

Radosław Galat
ze Szczecina

Tu jest inaczej niż się spodziewałem. Przede wszystkim inna jest Odra. U nas pod Szczecinem nie ma główek. Żeby je zobaczyć, trzeba jechać siedemdziesiąt kilometrów,  a tu znaleźć ryby przy główce to podstawowa umiejętność. Poza tym nastawiałem się na szczupaki i sandacze, a okazało się, że trzeba łowić bolenie.
Najpierw próbowałem używać gum, ale potem zdecydowałem się na woblery. Na gumy miałem aż osiem brań, ale żadnego bolenia nie wyjąłem. Albo w ogóle nie udawało mi się go zaciąć, albo boleń wybierał żyłkę z kołowrotka, odchodził i spadał z haka. Nic dziwnego, hak duży, pysk twardy, a żyłka cienka. Guma z pojedynczym dużym hakiem jest dobra, kiedy        boleń żeruje ostro i przy uderzeniu zacina się sam, a tym razem żerował słabo.
Kotwiczki woblera zapewniały lepszą skuteczność, bo jak już boleń uderzał, to zazwyczaj się zapinał i to dość pewnie. Tak czy inaczej z łowieniem boleni miałem kłopot. Próbowałem ratować się kleniami, ale one były na tarle i nie żerowały. Namierzyłem je na przelewie, obrzucałem różnymi przynętami, ale przez ponad godzinę złowiłem tylko jednego, w dodatku krótkiego. Stały duże sztuki, ale nie tylko nie chciały brać, ale nawet odsuwały się od przynęt. Szkoda, że pogoda była taka słoneczna i nie było szans porzucać za sandaczem. Może następnym razem.

Stefan Molenda
z Będzina

Jestem koguciarzem i najlepiej się czuję na zbiornikach zaporowych. Rzeka to dla mnie coś nowego. Nie miałem nawet odpowiednich wędek. Słyszałem, że trzeba się nastawić na bolenie i klenie, więc zaopatrzyłem się w odpowiednie woblerki i błystki, ale przynęta sama ryby nie złowi. Mam też za dużo lat, żeby ścigać się między główkami. Próbowałem się ratować łowiąc okonie na paproszki, ale na miarowego nie udało mi się trafić.
Dzięki Pucharowi zobaczyłem, jak się łowi w  rzece. Podpatrywałem innych i chyba się czegoś nauczyłem. Jeżeli następny Puchar WP znów będzie rozgrywany na rzece, to przynajmniej  będę wiedział, czego się spodziewać.

Gerard Kupny
z Gorzowa Wielkopolskiego

Przed Pucharem sporo trenowałem i już po kilku wyjazdach w okolicę Słubic nastawiłem się wyłącznie na bolenie. Klenie  od dłuższego czasu nie brały, a i jazia trudno było złowić. Za to  bolenie  dobrze żerowały już od dwóch tygodni.
W pierwszej turze trafiłem na łowisko, które miałem dobrze rozpoznane. Nie szukałem ryb w ciemno, tylko od razu poszedłem, a właściwie pobiegłem z kolegami z Gorzowa na odcinek, gdzie na przestrzeni dwóch kilometrów bolenie były przy każdej główce. Pięć kilometrów marszu w jedną stronę, ale się opłaciło. Zależało mi na czasie nie tylko ze względu na konkurencję, ale przede wszystkim dlatego, że bolenie najlepiej łowi się z rana,  zanim jeszcze słońce wyjdzie zza chmur. Wtedy, choć na powierzchni tego nie widać, żerują ostro, tyle że głębiej. Świadczą o tym uciekające uklejki. Kiedy boleń poluje pod powierzchnią, w wodzie słabo oświetlonej, mniej widzi z tego, co się dzieje na brzegu. Łatwiej go wtedy podejść, jest mniej płochliwy. Natomiast kiedy jest słonecznie, rybi drobiazg podpływa do góry i boleń się pokazuje na powierzchni. Wtedy trudniej go podejść i trudniej złowić.
Tak właśnie było  pierwszego dnia zawodów. Bolenie spotykało się  wszędzie, ale brały głównie króciaki (małe sztuki). Stały i w warkoczach, i na przelewach, i w prądach wstecznych, i na piaszczystych wypłyceniach pomiędzy główkami. Nawet na płyciznach, tuż pod brzegami. Wszędzie, gdzie chroniły się uklejki.
Wypracowałem sobie własną technikę łowienia. Nie bawię się w podchody, tylko wchodzę na szczyt główki. Uważam, że gdy woda jest zmącona i sfalowana,  jak to bywa na szczycie główki i tuż za nią,  można się do ryby nie skradać, ale spokojnie do niej podejść. Łowiłem głównie na 5-centymetrowe woblery. Wraz z  kolegą z Gorzowa Wielkopolskiego robimy je sami i nazywamy „uklejkami w ciąży”. Mają ciemny grzbiet, srebrzyste boki i chwościk na tylnej kotwiczce, który przy szybkim prowadzeniu stabilizuje woblera, czyli  w tym przypadku ogranicza ruchy ogona.
Obławiałem przede wszystkim warkocze, podciągając woblery w jednostajnym tempie zarówno w samym nurcie, jak i po jego bokach. Bolenie żerowały bardzo anemicznie. Trzeba było prowadzić powoli, jak by to były klenie. Na szybko ściągane przynęty nie reagowały. Na wędce czułem tylko delikatne  skubnięcia. Trzeba było lekko przyhamować  i natychmiast zacinać. Inaczej albo ryby nie było wcale, albo zaczepiała się na kotwicy delikatnie i potem, po krótkim holu, się wypinała. Właśnie w ten sposób straciłem bardzo dużego bolenia, ważył na pewno więcej niż trzy kilogramy. Zapiął się jednym grotem za czubek wargi i zszedł z wędki przy próbie podebrania.
W sumie na kiju miałem siedem boleni. Trzy wyjąłem, cztery mi się spięły. Komplet złowiłem już o godzinie dziesiątej. Mogłem wypuścić najmniejszą sztukę i starać się w to miejsce dołowić większą, ale wolałem nie ryzykować, choć na powierzchni pokazywało się ich coraz więcej. Przy wysoko stojącym słońcu i właśnie takich anemicznych braniach ryzyko, że brakującej sztuki już nie złowię, było zbyt duże.
W drugiej turze znalazłem się na odcinku Odry, którego w ogóle nie znałem. Postanowiłem z kolegami poszukać ryb przy samym ujściu Ilanki. Ujścia dopływów zazwyczaj są atrakcyjne. Kolega zajął  ostatnią główkę przed ujściem, ja  przedostatnią. Jak zwykle wyszedłem na jej szczyt. Założyłem boleniowego woblerka i się zaczęło. Od razu w pierwszym rzucie miałem branie,  ale nie udało mi się go zaciąć. W drugim rzucie złowiłem 3-kilowego bolenia. Do dziewiątej rano wyjąłem ich  pięć: trzy największe wziąłem,  dwa ledwie wymiarowe wypuściłem. Wszystkie stały w warkoczu, ale brać tam nie chciały. Prawdopodobnie dlatego, że w prądzie wobler pracował zbyt intensywnie. Dopiero gdy go bardzo wolno podciągałem na skraju warkocza, bolenie wyskakiwały z nurtu i atakowały go raz za razem.
Gdy miałem już komplet, w przelewie, na małego woblerka w czarne paski, dołowiłem jeszcze  klenia. Potem ustąpiłem miejsca trzem kolegom z Gorzowa, którzy też chcieli wejść na tę nadzwyczajną główkę. Wymienialiśmy się wpuszczając jednego po drugim. Oni łowili, ja doradzałem. Choć bolenie nadal nieźle żerowały, choć łowili na takie same woblery jak ja, to wyniki mieli dużo słabsze. Prawdopodobnie dlatego, że ich kije były zbyt miękkie i  nie byli w stanie dostatecznie szybko i skutecznie zaciąć. Większość ryb im spadła. Ja łowiłem swoim ulubionym, robionym na zamówienie kijem długości 3,15 m, o akcji szczytowej, przeznaczonym do przynęt o wadze 4 - 18 g. Żyłka miała średnicę 0,18 mm.
Z kompletem boleni i kleniem postanowiłem wracać. Przy  ujściu Ilanki brały okonki, ale tylko krótkie. Zajrzałem jeszcze na parę główek, żeby dołowić jakiegoś klenia, ale wszędzie biły tylko bolenie. W końcu byłem już tak zmęczony, że zrezygnowałem z dalszego łowienia i grubo przed czasem zszedłem do wagi.

Marian Firlej
z Sulechowa

Z treningami przed Pucharem nie miałem problemu, bo Odra w Słubicach i w Sulechowie jest właściwie taka sama. Wiedziałem, że wygrają bolenie, i tylko na nie się nastawiłem. Na klenia szkoda mi było czasu, bo uznałem za mało prawdopodobne, bym złowionymi kleniami wagowo przeskoczył bolenie. Z kolei szczupak jest w Odrze gatunkiem ginącym. Od co najmniej czterech lat łowi się pojedyncze duże sztuki, a młodych nie ma wcale. Okoni też jest mniej niż dawniej,  a zresztą dobrego wyniku nie da się  nimi osiągnąć. Trzeba przerzucić setki małych okoni, żeby w ręku zostało dwadzieścia miarowych. Z kolei na sandacze czas nie był właściwy, bo w dni słoneczne siedzą na środku nurtu albo w dołach, do których nasze przynęty nie maja dostępu.
W obu turach złowiłem po komplecie boleni, wyłącznie na woblery Dariusza Mleczki i Jarosława Stojki. Chociaż wielu zawodników stosowało te same lub podobne przynęty, to z wyników nie wszyscy byli zadowoleni.  Kluczem do sukcesu było bowiem umiarkowane, czasami nawet bardzo wolne tempo ich prowadzenia. Widocznie po tarle bolenie  były jeszcze słabe albo też jedzenia miały  w nadmiarze i niechętnie startowały do szybko przeciąganej przynęty. Gdy ją prowadziłem  w jednostajnym tempie, boleń atakował pewnie.  Wystarczyło jednak tylko trochę zmienić rytm kręcenia, a brań nie było wcale albo ryba trącała przynętę, ale   się nie zapinała. Poza tym bolenie  nie brały cały czas, dlatego starałem się trafić na moment ich aktywności. Zdecydowanie najlepiej żerowały wtedy, gdy słońce wychodziło zza chmur. W pierwszej turze czekałem na taką chwilę prawie godzinę.
 Boleń jest bardzo spostrzegawczy i jak sobie przynętę kilkanaście razy obejrzy, zwłaszcza kiedy jest mało aktywny, to potem już się raczej nie da na nią skusić, natomiast nieznanym woblerkiem na pewno się zainteresuje. Dlatego woblery zmieniałem bardzo często, choćby na takie same, ale inaczej pomalowane.
Z każdej główki rzucałem w różnych kierunkach.  Najpierw stawałem niedaleko szczytu, w dwóch trzecich  długości główki, i z tego miejsca przeciągałem woblera w poprzek warkocza. Dopiero później, jeżeli brań nie było, wchodziłem na szczyt i rzucałem woblera z prądem, żeby go później podciągać. Większość boleni żerowała na płyciźnie, na początku warkocza, tam, gdzie się gromadziło najwięcej uklei. Ale nie była to reguła. Jeżeli szczyt główki był zrujnowany, ukleje skupiały się koło kamieni, a przy nich stały bolenie. Tam, gdzie za główką powierzchnia wody była gładka, ukleje i bolenie przebywały trochę dalej.  Złowiłem bolenia także w klatce, w 20 - centymetrowej wodzie. W takich miejscach można je było  wyśledzić,  dokładnie obserwując powierzchnię. Wystarczyły mi dwie wyskakujące z wody uklejki. Natychmiast podałem tam woblera i – siedział!
Jak już się boleń pokazał, to mu nie odpuszczałem, tylko siedziałem nad nim do skutku,  nawet  godzinę. Mój największy najpierw się podniósł do powierzchni, puknął w woblera przeciąganego powoli w poprzek warkocza i go zostawił. Z tej pozycji kolejne rzuty nic by nie dały. Przeszedłem więc na szczyt główki i spuściłem woblera z prądem.  Boleń uderzył już przy pierwszym podciąganiu pod prąd skrajem warkocza.
Mogę się pochwalić, że przez obie tury zawodów podczas holu żadna ryba mi nie zeszła. To zasługa dobrze dobranego sprzętu. Łowiłem kijem robionym na zamówienie na blanku Pacific Bay. Ma on sztywny dolnik, a podczas holu cały  się ugina jakby miał akcję paraboliczną. Świetnie amortyzuje każdy atak ryby. Do tego żyłka Stroft 0,18 mm. Na tym zestawie boleń, jeżeli   tylko trafił w przynętę,  zacinał się sam i łatwo dawał się wyjąć.

Łukasz Mazur
z Wrocławia

W Odrze w Słubicach łowiłem dotąd tylko raz. Ten brak rozeznania sprawił, że postanowiłem na napływach łowić klenie. Wiedziałem bowiem, że w Odrze jest ich dużo. Zeszedł mi na tym cały ranek pierwszego dnia. Zobaczyłem, że z kleniami jest bardzo marnie, że na napływach nic się nie dzieje. Po prostu klenie  były na tarle. Przestawiłem się więc na szczupaki. Udało mi się złowić jednego, w klatce. Nawet sobie wtedy nie zdawałem sprawy, jaki mam fart. Pewnie szukałbym ich dalej, gdybym nie spotkał Tomka Sendala z kompletem boleni. Oderwał z wędki swoją gumę, dał mi ją i powiedział, gdzie zajmować stanowiska, jak rzucać i jak prowadzić przynętę. Należy mu się za to nagroda fair-play. Przy nim w drugim rzucie złowiłem bolenia, po półgodzinie drugiego. Miałem komplet. Próbowałem potem jeszcze łowić okonie na obrotówkę w klatkach i na napływach, ale udało mi się wymęczyć tylko jednego.
No, a w drugim dniu już od początku chodziłem za boleniami. Wiedziałem co i jak robić. Na główkę wchodziłem, a raczej  skradałem się kucając tak daleko, żebym mógł przerzucić jej szczyt. Rzucałem na napływ, a potem tak ściągałem przynętę, żeby przecięła warkocz, najlepiej sam jego początek za przelewem. Właśnie tam bolenie przeważnie uderzały. Zazwyczaj przeprowadzając przynętę przez warkocz,  trochę przyśpieszam. W pierwszym dniu to się sprawdziło. Może dlatego, że słońce było już wysoko i bolenie mocno biły po wierzchu. W drugim dniu zacząłem łowić z samego rana, kiedy jeszcze nie żerowały tak otwarcie. Przyspieszanie nie skutkowało, więc przeprowadzając przynętę przez warkocz lekko zwalniałem. I właśnie wtedy następowało uderzenie. Z tym, że  pierwszego dnia łowiłem bolenie mniej więcej dwa metry za przelewem, natomiast w drugim dniu stały już dziesięć metrów dalej,  zresztą nie tylko w warkoczach. Uważnie obserwując wodę można je było wypatrzyć na napływach, w klatkach i przy samych główkach. Jednego zdradziło lekkie zawirowanie na wodzie. Dwadzieścia razy rzucałem w to miejsce, ale go w końcu dostałem. Drugą turę też skończyłem z kompletem.
Cztery z pięciu boleni złowiłem na specjalną boleniową 5 - centymetrową gumę z tyłu rozciętą, białą z czerwonym akcentem na ogonku. Była uzbrojona w zwykłą kulistą pięciogramową główkę. Wypróbowałem też, z dobrym skutkiem, świeżo kupionego na zawodach boleniowego woblera znad Bugu, ale już po jednej rybie rozbiłem go na kamieniach i znów łowiłem na gumę.
Bolenie brały wyjątkowo delikatnie. Tylko jeden mocno uderzył w przynętę. Pozostałe przechwytywały ją w locie. Poza jednym puknięciem wszystkie brania zaciąłem.

Jerzy Makara
z Koszalina

W pierwszym dniu nastawiałem się na bolenie, choć nie jest to moja specjalność. Jednak boleń dawał dobry wynik wagowy, a tego  nie mogłem  lekceważyć. Jak zawsze, przygotowałem sobie trzy wędki. Jedną do łowienia boleni na woblerki, drugą do łowienia sandaczy i szczupaków na gumki i obrotówki, trzecią, najdelikatniejsza, do łowienia uklei i płotek na miniaturowe jigi. Miała to być ostatnia deska ratunku na wypadek, gdybym nic innego nie złowił.
Na woblerka (białą pływającą jugolkę długości 6 cm) z trudem złowiłem w warkoczu za przelewem jednego niewielkiego bolenia. Potem założyłem srebrzystego meppsika zerówkę i szukałem klenia. Obławiałem dokładnie, centymetr po centymetrze, szczyt główki. Rzucałem w nurt na napływ i tak prowadziłem przynętę, żeby była nad kamieniami na napływie, na szczycie główki i tuż za nim. Manewrowałem szczytówka, podnosząc ją i opuszczając oraz zmieniając tempo skręcania. Tym sposobem złowiłem dwa klenie. Potem na przelewie próbowałem na małego woblera kusić jazie. Czułem, jak skubią,  ale nie byłem w stanie ich zaciąć. Szukałem też okoni. Założyłem moją standardową w takich okolicznościach przynętę - skróconego twisterka motor-oil z brokatem na 2-gramowej główce -  ale ponieważ brań nie było, wziąłem się w końcu do łowienia drobnicy.
Moja przynęta na ukleje i płotki to zwykła podlodowa mormyszka z założonym na trzonek haczyka sztucznym białym robakiem Berkleya. Czegoś takiego zazwyczaj używają mistrzowie spławika. Taka imitacja ma nie tylko wygląd, ale i zapach białego robaka. Ponieważ koniecznie musi tam być jakiś element ruchomy, na kolanko haczyka zakładam kawałek ogonka urwany z jaskrawego, najlepiej czerwonego małego twistera. Prowadzę takiego jiga dość szybko pod samym wierzchem. Ukleje doskakują do przynęty całą gromadą, uderzają raz po raz, ale nie każdy atak kończy się zacięciem. Przeważnie na trzy - cztery ataki jedna uklejka trafia na haczyk. W sumie do końca pierwszej tury złowiłem ich około trzydziestu.
W drugiej turze zafundowałem sobie przeszło dwugodzinny marsz na koniec sektora, bo dzień wcześniej miejscowy wędkarz pochwalił się, że przy ujściu jakiejś rzeczki złowił trzy bolenie. Postanowiłem to miejsce sprawdzić. Przygotowałem się tak samo jak poprzednio. Przy ujściu rzeczki była głębina, gdzie aż pachniało sandaczem. I rzeczywiście, zaraz po kilku  pierwszych rzutach póltorakilowy sandacz uderzył w  zielonego 10 - centymetrowego twistera z dziesięciogramową główką. Potem miałem jeszcze drugie uderzenie. Sandacz był chyba dużo większy, ale nie udało mi się go wyjąć.
Gdy po dłuższym rzucaniu i zmianie przynęt dalszych sandaczowych brań się nie doczekałem, zacząłem szukać  kleni. Łowiłem je tak samo i na tę samą przynętę, co w pierwszym dniu. Po złowieniu dwóch sztuk zobaczyłem, że w warkoczu za główką zaczęły bić bolenie. Dwa z nich złowiłem na przeprowadzaną w poprzek warkocza jugolkę.
Odra koło Słubic jest zachwycająca. Urozmaicona, przepiękne główki, łachy, fantastycznie ukształtowane zakola, brzegi bez wysokich ścian. Jednym słowem dużo pięknej i łownej (rybnej) wody, a mało wędkarzy. Niezwykła cisza i spokój.
Na zawodach o Puchar WP jestem trzeci raz. Polubiłem tę imprezę, jej organizatorów i moich kolegów, z którymi mam okazję się spotkać. Dopóki zdrowie dopisze, na pewno będę z przyjemnością przyjeżdżał.


Piotr Kubik
z Nowego Kramska (woj. lubuskie)

W Odrze łowię na co dzień, ale w Słubicach jestem dopiero drugi raz. Rzeka jest tu o wiele ciekawsza niż w moich stronach rodzinnych. Główki są dłuższe, bardziej urozmaicone, i jest ich mnóstwo. U nas takie główki można spotkać tylko na niektórych odcinkach. No i ta wędkarska pustynia! Niektóre główki są nieomal dziewicze. W Lubuskiem to nie do pomyślenia, żeby do dobrej boleniowej główki nie wiodła wydeptana ścieżka. A tu gdzieniegdzie trzeba się było przedzierać przez trawy sięgające wyżej  pasa. Doskonały teren na zawody. Doskonały odcinek do łowienia w ogóle.
Nastawiałem się tylko na klenie i bolenie. Liczyłem, że przy tej pogodzie bolenie będą żerować bardziej widowiskowo,  tam jednak, gdzie łowiłem, pokazywało się ich niewiele. Ale były   prawie przy każdej główce. Stały w nurcie na przelewach i w warkoczach, ale żerowały na tyle głęboko, że klasycznego bicia nie było widać. Tylko po uciekających uklejkach dawało się poznać, że żeruje tam jakiś drapieżnik. W tej sytuacji postanowiłem prowadzić woblera  głęboko i powoli w poprzek warkocza, stojąc tuż przy szczycie główki. To się okazało dobrym rozwiązaniem. Rzucałem woblerem Jarosława Stojki. Sprawdził się znakomicie.
Po obłowieniu warkocza zabierałem się do przeczesywania przelewu 4 - centymetrową „płotką” Józefa Sendala. Liczyłem na klenie. Wyjąłem ich kilka, a przy okazji także bolenia. Jeden kleń wziął też na napływie. Skusił się na meppsa dwójkę Black Fury w żółte kropki. Wbrew wielu opiniom, które na tych zawodach wypowiadano,  uważam, że kleń na przelewach żerował dobrze i był do złowienia. Najlepszy dowód, że kiedy w pierwszej turze spotkałem na główce zawodnika, który nie bardzo sobie radził, podpowiedziałem mu, jak i czym rzucić.  Po kilkunastu minutach wyjął ładnego klenia właśnie z przelewu.

Paweł Grabowski
z Międzychodu

Na tym odcinku Odry jestem pierwszy raz. Rzeka jest tu trochę podobna do Warty, gdzie najczęściej łowię, z tym, że ryby są większe, a  rzeka mniej przełowiona. Przyjechałem dla rekreacji i dobrej zabawy, a nie po wynik.
Słyszałem jeszcze przed zawodami, że z kleniem jest krucho, ale tylko tej ryby szukałem. Zakładałem głównie twisterki i kopytka w rozmiarze 2,5 cm oraz małe obrotówki. Przetestowałem kilkadziesiąt przynęt. Najwięcej brań miałem na perłowego twisterka 2,5 cm na trzygramowej główce. Za to największy, prawie półtorakilowy kleń uderzył na napływie w effzeta nr 2, srebrzystego w ukośne czerwone paski.
Obłowienie jednej główki zajmowało mi około trzech godzin. Najpierw, stojąc w połowie jej długości, przeczesywałem napływ i początek warkocza, potem podchodziłem dalej i rzucałem w przelew, a na koniec szukałem klenia w warkoczu i  spokojnej wodzie pomiędzy główkami. Klenie  żerowały bardzo dobrze, atakowały agresywnie. Zejść było dużo, ale nie narzekam.

Marek Rolnik
ze Szklarskiej Poręby

Na Pucharze WP jestem już siódmy raz. Odrę znam dobrze, ale tylko w okolicach Zielonej Góry.
W pierwszym dniu nastawiałem się na klenie i bolenie, ale  nic nie złowiłem. W drugiej turze postawiłem na szczupaka i sandacza. Pomyślałem, że gdy  się konsekwentnie przeczesze gumą przy dnie kilkadziesiąt dobrych miejsc, to w końcu jakiś drapieżnik musi uderzyć. Jak pomyślałem, tak i zrobiłem. Tej wody w ogóle nie znałem. Główek nie wybierałem, tylko stawałem na każdej wolnej, jaka mi się po drodze trafiła. Łowiłem przede wszystkich w dołkach za przelewami, w drugiej kolejności na napływach i wszędzie tam między główkami, gdzie woda była dostatecznie głęboka. Stosowałem kopytka Relaksa i twistery Mannsa w rozmiarze 7,5 cm z kulistymi główkami od 7,5 do 12 g. Kolory: mleczny, biały, zielony z brokatem. Podszarpywałem je półmetrowymi skokami przy samym dnie. Po trzech -  czterech skokach robiłem pauzę, żeby bez względu na głębokość guma opadła do dna. Jedna z obławianych główek, a właściwie dół za przelewem, okazała się ostoją sandaczy. Głębokość sięgała tam przeszło czterech metrów. Było też trochę twardych zaczepów na dnie. Miałem tam na wędce trzy sandacze. Dwa udało mi się wyholować. Pierwszy z nich wziął już po  pierwszych rzutach, o dziewiątej rano, trzeci w godzinę później. Po dziesiątej brań już nie było. Sądzę, że trafiłem na końcówkę porannej sandaczowej  aktywności.
Gdy zwątpiłem w brania sandaczy, tym gorliwiej zająłem się szukaniem szczupaków. Do tych samych gum zakładałem lżejsze główki i prowadziłem je wyżej nad dnem. Potem przerzuciłem się na woblery. Wszystko bez skutku. Na koniec próbowałem jeszcze skusić jakiegoś okonia na małą gumkę, ale brały same niewymiarki.