SPOSÓB NA NORWESKIE RYBY



Od kilku lat jeżdżę z kolegami do Norwegii. Łowimy tam duże ryby, a moim celem są halibuty i dorsze ważące ponad 15 kg. Na początku było różnie, ale z czasem się nauczyłem i teraz wiem, gdzie ich szukać i jak je skłonić do brania.














Nasza wędkarska baza znajduje się na niewielkiej wyspie na północy Norwegii, w okolicach miejscowości Nordkapp. Dziesięciodniowy pobyt kosztuje 500-600 euro. Niemało, ale za to mamy bardzo dobre warunki: wygodne dwuosobowe pokoje, salon z telewizją satelitarną, łazienkę i dobrze wyposażoną kuchnię. Jest też sauna i jacuzzi. No i rzecz najważniejsza: do dyspozycji mamy duży, wygodny dziesięciometrowy kuter, którym bez obawy pływamy po otwartym morzu. Można w nim otwierać burtę na poziomie wody, co jest niezwykle cenne podczas wyciągania dużej ryby. Za paliwo płacimy sami. W pierwszym dniu kuter ma pełny bak i tak go też zostawiamy w dniu wyjazdu. Pełny bak starcza na dziesięciodniowy pobyt, bo dobre łowiska znajdują się dookoła naszej wyspy i nie musimy daleko pływać.
 
Największy wpływ na wędkarskie sukcesy ma temperatura wody. Musi być zimna, powinna mieć od czterech do sześciu stopni. Jeszcze do dziesięciu można sobie połowić, ale kiedy pójdzie wyżej, o rybach, zwłaszcza dużych, można zapomnieć. Tutaj temperatura wody nie zależy od pory roku, choć wiosną na pewno będzie chłodniejsza niż w lecie. To przede wszystkim wynik prądów morskich.
Gwarancją dobrych połowów są kryle. Tymi drobnymi skorupiakami odżywiają się niewielkie ryby. Jeżeli w zaczerpniętej wiadrem wodzie są kryle, to pewny znak, że ryby będą dobrze brały. Kryle, a wraz z nimi narybek, są przenoszone przez morskie prądy. Za nimi wędrują większe ryby, a ich śladem podążają całkiem duże. Po prostu łańcuch pokarmowy. Stąd nasuwa się prosty wniosek: łowić trzeba tam, gdzie są morskie prądy. Można je znaleźć na kilka sposobów. Pomocna jest echosonda, która pokaże zmianę temperatury wody. Prądy rozpoznaje się także po zwiększonej szybkości dryfu. Tutaj nieocenioną pomoc oddaje GPS. Jeżeli nam wskaże, że przemieszczamy się z prędkością do siedmiu węzłów (węzeł = mila morska /godz.), to jesteśmy na morskiej rzece. Prądy morskie wskazują również mewy. Kręcą się nad nimi, bo pod powierzchnią są tam małe rybki.

 
W tych wodach jest wręcz zatrzęsienie małych dorszy. Duże też są, lecz znacznie głębiej, poniżej stu metrów. Kto tutaj przyjeżdża z lekkim sprzętem i niezbyt ciężkimi przynętami, którymi będzie obławiał łowiska płytkie, do stu metrów, to za każdym razem wróci do bazy z dużą ilością ryb, ale małych. Duże dorsze przebywają na głębokości od stu do stu pięćdziesięciu metrów. Głębiej tez są, ale trzeba je łowić bardzo ciężkimi przynętami, co jest wyczerpujące. Kiedy się łowi w bystrym prądzie, to pilker, żeby doszedł do dna, musi ważyć ponad pół kilograma. Wyciągnąć go z głębokości stu metrów to już duży wysiłek, a co dopiero, kiedy jest na mim ryba.

Duże dorsze najchętniej przebywają tam, gdzie dno jest kamieniste. Dlatego dobrymi łowiskami są blaty i kamienne garby na dnie, ale niezbyt wysokie, powinny mieć najwyżej metr lub półtora. Godne uwagi są też niezbyt strome stoki oraz rynny. Każde z tych łowisk jest dobre, o ile przepływa nad nim morski prąd. Kolejność zatem jest taka: najpierw szukamy prądu, później oglądamy dno.
Każdy, kto na dorsze wypływał na Bałtyk, jest przyzwyczajony do tego, że łowi się je z dna. Tymczasem duże sztuki pływają kilka metrów nad dnem. Tak jest i w Morzu Północnym, i w Bałtyku. Tutaj, na Morzu Północnym, wiele razy wyciągałem piątkę zaciętą tuż przy dnie, a później w tym samym rewirze łowiłem sztuki trzy razy większe, które atakowały szybujące pilkery. Początkowo myślałem, że to jest zdobycz przypadkowa, ale kiedy wolno opuszczałem pilkera i penetrowałem różne głębokości, to się okazało, że to reguła. Najwięcej dużych dorszy złowiłem około dziesięciu metrów nad dnem, a przy wolnym opuszczaniu pilkera brania zaczynały się od piętnastu metrów.
 Kiedy w czasie opadania zestawu pilker lub przywieszkę zaatakuje mały dorsz lub czerniak, trzeba się z tego cieszyć. Z zapiętą na zestawie małą rybą można złowić dużą. Taki zestaw należy powoli podnosić i co dwa metry robić dłuższą przerwę. Nie trzeba nim pracować, robi to za nas żywiec, który wariuje na haczyku. Duży dorsz bierze spokojnie. Przytrzymuje zestaw, rzadko ucieka z nim do dna. Na kiju czuje się duży opór, jak przy zaczepie. Dorsz walczy tylko na początku, później słabnie i pokonywać trzeba tylko jego ciężar.
Duże dorsze pływają w niewielkich stadach liczących po kilka sztuk, na echosondzie ich nie widać. Trudno się je łowi, są bardzo ruchliwe. Po złowieniu dużego dorsza wpisuję to miejsce do GPS - u. Gdy po jakimś czasie znów jestem w tej okolicy, podpływam i zapuszczam pilkera w toń.
Z przynętami nie ma problemu, bo na duże dorsze najlepsze są klasyczne norweskie pilkery w kształcie łyżwy, obowiązkowo srebrne. Najskuteczniejsze modele robi firma Solvkroken. Zaczepów jest niewiele, więc na kilkudniowe łowienie wystarczy dziesięć pilkerów ważących od 200 do 600 g. Obowiązkowym elementem zestawu jest przywieszka, często się zdarza, że tylko w nie dorsze biją. Próbowałem różnych, ale zdecydowanie najłowniejsze są tak zwane gummi makksy czerwone i pomarańczowe, w dalszej kolejności czarne.

Normalnie, woda dookoła wyspy ma dużą przejrzystość od 10 do 15 m. W ostatnim roku czekała mnie niespodzianka, bo widoczność była nie więcej niż trzy metry. Dopiero kiedy się uważnie przyjrzałem, zobaczyłem że to z powodu ogromnej ilości narybku.

Wszystkie duże dorsze wypuszczamy. Jeśli z wielkich głębokości nie holujemy ich szybko i forsownie - a sztukę o wadze kilkunastu kilogramów trudno holować szybko - to nic złego im się nie dzieje i na pożegnanie żwawo machają nam ogonami. Do jedzenia zabieramy małe dorsze, do dwóch kilogramów, bo są znacznie smaczniejsze.

 
Halibuty łowię tym samym sprzętem co dorsze i na podobnych głębokościach, między 100 i 150 m, ale w innych łowiskach. Halibuty nie trzymają się dna skalistego, wolą piaszczyste łachy. Najczęściej biorą z dna, rzadko atakują przynętę w toni, chociaż nieraz odprowadzają pilkera lub zapiętą na nim rybę aż do burty. Łowiąc halibuty wykonuję pilkerem powolne skoki nad dnem. Na kotwiczkę zakładam kawałek rybiego mięsa.
Halibuty to wyjątkowo silne ryby. Największy okaz, jakim może się pochwalić nasza ekipa, ważył około 30 kg. Jak na halibuta to niewiele, bo w ostatnim roku Niemcy wyholowali olbrzyma o wadze 140 kg. Jego hol trwał prawie dwie godziny. Halibuty walczą na dwa sposoby. Zwykle na początku trzymają się jednego poziomu, co najwyżej pozwalają się podnieść kilka metrów nad dno. Później znów się do niego przyklejają. Kiedy osłabną, to powoli idą do góry i zataczają przy tym koła dookoła łodzi. Trafiają się też sztuki, które po zacięciu zaczynają uciekać. Kiedy się trafi na takiego sprintera, to trzeba płynąć za nim, bo zapas linki w multiplikatorze może nie wystarczyć, żeby go zatrzymać. A jak pójdzie w skały, to szybko linkę przetrze.
Można kupić gotowe zestawy do łowienia halibutów powiązane na żyłce o średnicy 1-1,2 mm. Przy zakupie należy sprawdzić, czy żyłka jest miękka. Twarda się załamuje, a później w tym miejscu pęka.

 
Kiedy mi się znudzi ciężka praca podczas połowu na dużych głębokościach, a na kolację chcę mieć smaczne ryby, płynę na catfishe. Znajduję je na stromych i skalistych stokach wyspy. Jest ich tam bardzo dużo, zwykle ważą od pięciu do siedmiu kilogramów. Łowi się je w miejscach, jak na Norwegię, dosyć płytkich, bo na głębokości około 50 m. Tutaj używam kija o wyrzucie 170 g, podaję nim pilkery o wadze 100-150 g. Często je zmieniam, bo catfishe lubią różne kolory. Tutaj też na kotwiczki pilkera zakładam kawałki rybiego mięsa.
Najlepsze jednak są przynęty specjalnie na te ryby zaprojektowane. Nazywają się Squad Killer i Crazy Charlie. Kiedy po rzucie dolecą do dna, nadaje im się wolne i płynne ruchy. Branie wyczuwa się jako trącenie. Nie zacinam wtedy, lecz odczekuję, aż catfish zacznie przynętę zjadać. Na kiju, który dobrze przekazuje drgania, czuje się to wyraźnie jako delikatne szarpnięcia. Zacinam dopiero po dłuższej chwili.
 
Mój sprzęt jest przystosowany do łowienia dużych ryb. Kompletowałem go z myślą o halibutach, ale łowię nim także duże dorsze. Wędzisko jest mocne i krótkie, ma niewiele ponad dwa metry, ciężar wyrzutu 500 gramów. Multiplikator mocny, z przełożeniem 6,2:1, dużą korbką i pojemną szpulą. Wchodzi na nią 500 m linki o średnicy 0,30 mm.
 
Najlepsze wyniki osiąga się podczas przypływów (są dwa w ciągu dnia). Poziom wody zmienia się wtedy o blisko dwa metry. Dokładne godziny przypływów są opublikowane w specjalnej książce, można ją kupić w niektórych norweskich księgarniach. Jest tam podana godzina, minuta i spodziewana wysokość przypływu z dokładnością do jednego centymetra. Te same dane można też znaleźć w internecie.
 
Na pokładzie mamy kilka specjalnych osęk do wyciągania halibutów, a także harpun. Zabija się nim halibuta, kiedy jeszcze jest w wodzie. Chcemy bowiem uniknąć rozczarowania, jakie spotkało pewnych wędkarzy, którzy po kilkugodzinnej walce przyciągnęli halibuta do burty i nic więcej nie mogli z nim zrobić. Jest to bowiem ryba zbyt duża i zbyt silna, żeby ją żywą podjąć na pokład. Były wypadki, że szalejący w łodzi halibut połamał wędkarzom nogi.
 
Do łowienia w morzu trzeba się przygotować, bo nie wiadomo, co nas może spotkać. Dlatego na pokładzie powinny być przynajmniej dwie naładowane komórki, dwa GPS - y i na wszelki wypadek kompas, pełny bak paliwa, race świetlne i dymne, zapas jedzenia i picia. Silnik łodzi może się popsuć. Nas to już spotkało. Wyszliśmy z tego cało, bo mieliśmy zanotowane numery telefonów do właściciela bazy i do norweskiej straży granicznej. Pomoc przypłynie niezwłocznie, ale musi wiedzieć gdzie. Dlatego trzeba umieć podać swoją pozycję.
Nie wystarczy się ubrać w pływający kombinezon, musi on być szczelnie zapięty, bo tylko wówczas mamy gwarancję, że przeżyjemy kilkadziesiąt minut w lodowatej wodzie.
Rafał Faruga,
Katowice