WYPRAWA PO ZŁOTE RYBY

Wybieramy się z kolegą nad odrzańskie starorzecze na pierwszą w tym roku nocną zasiadkę. Gdy jesteśmy już nad wodą, zaczynamy od zbierania drewna na ognisko, bo noce są bardzo zimne. Przy okazji obserwujemy powierzchnię wody. Mamy już sprawdzony sposób na to, by się dowiedzieć, czy leszcze będą brały. Jeżeli tuż pod powierzchnią pływają ławice małych rybek, brania są pewne.

Ryby łowię od dziecka, chociaż wtedy raczej  oswajałem się z przyrodą, pętając się pod nogami starszych. Kiedy miałem kilkanaście lat, otrzymałem własny sprzęt i od tego czasu jako wędkarz zacząłem być samodzielny. Nie patrzałem wówczas na wodę tak jak dzisiaj. Biegłem tam dlatego, że urzekał mnie widok trzepoczącej się na wędce ryby. Dopiero wiele lat później przestała mnie podniecać ilość złowionych ryb, jakichkolwiek. Zaczęły mnie interesować ich poszczególne gatunki.

Właśnie wtedy zaprzyjaźniłem się z pewnym pismem, w którym znajdowałem informacje i artykuły nie tylko o łowieniu. To, co przeczytałem,  odnosiłem do własnych spostrzeżeń i doświadczeń. Nad wodą już nie tylko łowiłem. Patrzałem, wsłuchiwałem się,  szukałem związków między zaobserwowanymi zjawiskami. Nie od razu te związki  dostrzegałem - tak właśnie było z leszczami i drobnicą - ale gdy się jakieś ryby łowi kilkadziesiąt razy w jednym miejscu, a do tego na wszystko zwraca uwagę, to w końcu można zobaczyć także to, co woda skrywa najgłębiej.

Kiedy się wpatruję w spławik albo w szczytówkę, to wcale nie oznacza, że niczego więcej nie widzę. Podczas wypadów na leszcze też przyglądałem się wodzie. Chciałem się dowiedzieć, po jakiej trasie wędrują  ławice drobiazgu – płotek i uklejek.

Brania trwały tak długo, aż zrobiło się jasno. Dopiero gdy wyciągaliśmy leszcze z siatki, zobaczyliśmy ich piękne łuski w kolorze ciemnego złota.

Czasami tylko płynęły, wtedy na powierzchni tworzyła się drobna falka, dość trudno zauważalna. Lepiej było, kiedy oczkowały. Najpierw się zastanawiałem, dlaczego oczkują akurat w tym, a nie w innym miejscu. Później spostrzegłem, że często oczkują tam , gdzie pod nimi jest moja zanęta. Zacząłem im się przyglądać uważniej i zauważyłem, że nad zanęconym miejscem oczkują wówczas, kiedy biorą leszcze. Wydaje mi się mało prawdopodobne, że akurat wtedy z zanęty samoistnie odrywają się jakieś cząstki, które przy powierzchni zjada rybi drobiazg. Jak sądzę, leszcze podczas żerowania tak mocno burzą wodę przy dnie, że drobiny zanęty wypływają do powierzchni. Innego wytłumaczenia nie znajduję.

Zauważyłem też, że coś jeszcze łączy rybi drobiazg z leszczami. Te małe rybki zawsze pływają nad trasą, po której leszcze odbywają swoje wędrówki. Nie wiem, co je do tego skłania. Czy jakieś prądy wody? A może instynkt każe im płynąć śladami darmowego jedzenia? Zjawisko to odkryłem w odrzańskich starorzeczach, potem próbowałem je potwierdzić w innych akwenach. Z żalem musiałem uznać, że tak dzieje się tylko w wodach stojących.

Będziemy łowić w miejscu znanym z ubiegłych lat. Na oko nic się tu nie zmieniło, w rzeczywistości chyba też nie, bo po dłuższej chwili na powierzchni widzimy morkę. Dobra nasza, są rybki, będą leszcze.

Przygotowujemy zanętę, dużo zanęty. Jej skład to cztery litry bazy, prawie dwa litry robaków, głównie pinki, całe opakowanie wanilii (zanęta ma mieć  mocny zapach), do tego jeszcze kilkanaście kilogramów czarnej tłustej ziemi. Parę litrów zanęty zostawiamy na później, z reszty  wyszło nam 130 kul wielkości pomarańczy. Rzucamy je mniej więcej trzydzieści metrów od brzegu. Staramy się, żeby nie upadały w jedno miejsce. Ryby mają szukać jedzenia na obszarze kilku metrów.

Zaczyna się zmierzchać,  kiedy pierwszy raz zarzucamy. Mamy zestawy z koszyczkami. Do nich nabijamy  teraz pozostawioną część zanęty, a na haczyk zakładamy po jednej małej pince. Chwilę  po rzucie drga szczytówka. Zacięcie. Byczek. Trzy rzuty, trzy byczki.

Odkładamy wędki i czekamy, aż zrobi się całkiem ciemno. Jesteśmy na to przygotowani. Trochę światła daje tlące się ognisko, na głowach mamy czołowe latarki, a zapasowe przypony, krętliki i koszyczki tuż pod ręką. Nasze zestawy są  bardzo cienkie, więc  wszystko może się zdarzyć. Przypon jest połączony z główną żyłką przez krętlik, bo na jego uszkach  węzły są najmocniejsze. Żyłka główna ma średnicę 0,14. Jeżeli leszcze biorą, przypon robimy z dziesiątki,  a gdy marudzą, to nawet z zero zero osiem. Haki też bardzo małe, nr 18 lub 20.

Takie zestawy wytrzymują hol nawet dużej ryby. Mały haczyk z małą przynętą leszcz wciąga do pyska, a szczytówka się wtedy  delikatnie wygina. Zacinać nie trzeba, wystarczy płynnym ruchem podnieść kij i  naprężyć żyłkę, a potem już tylko holować.

Leszcze zaczęły brać dopiero wtedy, gdy zrobiło się całkiem ciemno. Przeważnie mają po  kilogramie,  ale trafiają się też kilkukilogramowe łopaty. Niektóre pourywały nam przypony, ale stada nie przepłoszyły. Może dlatego, że były wtedy dosyć daleko od zanęconego miejsca.

W nocy trudno określić, ile żyłki ryba wybrała z kołowrotka. Po zacięciu tych sztuk, które się potem urwały, przez chwilę wyczuwało się na kiju coś jakby zaczep, później długo szumiał hamulec. Myślę, że te leszcze  mogły wybrać kilkanaście, ale nie więcej niż dwadzieścia   metrów żyłki. Później dawały się na chwilę przytrzymać, uderzały w żyłkę, raptownie odpływały i przypon pękał. Działo się to już dość  daleko od ławicy. Po zerwaniu na pewno do niej nie wracały i innych leszczy nie płoszyły.   

Brania leszczy trwały do pierwszej w nocy, potem nagle  ustały. Inne ryby  nie wpłynęły w łowisko, bo żadnych brań nie było. Wtedy zarzuciliśmy  drugie wędki. W nocy na dwie nie da się łowić, ale kiedy brań nie ma, to można to zrobić choćby  z nudów. Zresztą drugie kije zostały  przygotowane wcześniej, kiedy było jeszcze jasno. Na cztery kije nie mieliśmy żadnego brania. Dopiero o czwartej zameldował się pierwszy leszcz. Drugie wędki szybko wróciły pod drzewo. Brania trwały tak długo,  aż  zrobiło się jasno. Dopiero gdy wyciągaliśmy leszcze z siatki, zobaczyliśmy ich piękne łuski w kolorze ciemnego złota.

Złowiliśmy 36 kg leszczy. Najmniejszy ważył 0.60 kg, największy 3.80 kg.

Piękna wyprawa po złoto.

Dariusz Libera