LITEWSKIE DORSZE



Od wielu lat pływamy po naszym Bałtyku. Mieliśmy dorsze, a czasem tylko morską chorobę. Teraz odwiedziliśmy litewską Kłajpedę. Dwa dni łowienia wraz z podróżą, zakwaterowaniem i podawanym na statku wyżywieniem kosztowało 600 zł od osoby. Statek nazywa się Leo.



Busem  organizatora wyprawy wyruszamy w piątkowy wieczór z Olecka. Jeden z nas łowił już dorsze w Kłajpedzie, więc inni zasypują go gradem pytań o głębokość, dryf, o statek,  obsługę i o wiele innych rzeczy.
     Na obiad zatrzymujemy się w przydrożnym litewskim zajeździe. Czysto i przytulnie, drobne kłopoty z zamówieniem, bo nasz rosyjski, od lat nietrenowany, nie jest zbyt mocny, podobnie jak młodych dziewczyn, które tam pracują i w szkole  nie miały obowiązkowych lekcji rosyjskiego. Na początek zła wiadomość. Nie ma "cepelinai",  po naszemu to kartacze,  po polsku pyzy, z mięsem lub skwarkami, a na Litwie ze śmietaną. Zamawiamy inne dania, są smaczne i niedrogie. Za obiad płacimy po 10-15 litów (około 10-15 zł).
   Podróż mija szybko. Po pięciu godzinach, wliczając w to przerwę na obiad,  jesteśmy w porcie, 400 km od domu. Litewskie drogi,  przynajmniej te, którymi jechaliśmy, maja dobra nawierzchnie i nie są tak zapchane samochodami jak nasze. Na statku wita nas czteroosobowa załoga, jest również właściciel. Na pierwszy rzut oka wszystko w porządku, statek jest duży i wygodny, robi na nas dobre wrażenie.
    W Kłajpedzie przy portowych  nadbrzeżach cumują dziesiątki różnych jednostek: kutry rybackie, duże transportowce, statki  pasażerskie, a nawet okręty wojenne. Płyniemy obok nich do nabrzeża, gdzie odbywa się odprawa paszportowa. Sympatyczny funkcjonariusz sprawdza nasze dowody i zabiera je ze sobą.  Wychodzimy w morze. Trochę wieje, ale nasz Leo, przy prędkości ponad dziesięciu węzłów,  na falach radzi sobie doskonale. Obsługa podaje kolację. Litewskie sery, kiełbasa, pasztet i prawdziwa ucha, wszystko smaczne. Siedzimy w kajucie,  za bulajami już noc. Rozmawiamy, śpiewamy, wkrótce  dopływamy na łowisko. Szyper pyta,  czy chcemy dryfować, czy stajemy na kotwicy. Ustalamy, że łowić zaczniemy rano, więc kotwica wędruje do wody. Dopiero teraz zaczyna nami porządnie bujać. Nad ranem wiatr słabnie. O wpół do czwartej pierwsi z nas meldują się z wędkami. Na pokładzie lądują dorsze, chociaż jest ciemno i stoimy na kotwicy.
Leo nie zmienia zbyt często pozycji. Nie jest to potrzebne, bo i tak wszyscy  wyciągają dorsze. Dryfujemy i łowimy. Załoga robi śniadanie. Po śniadaniu znowu łowimy. Nie wiadomo jak minęło tyle czasu, że załoga woła nas na obiad. Pyszna grochówka (tutaj podają ją ze śmietaną), na drugie  kasza z mięsem. Po obiedzie dryfujemy i łowimy. Kolacja, a po niej  dryfujemy i łowimy. Nuda, ale każdy chciałby się tak nudzić.

Pilkery zacząłem robić kilkanaście lat temu, kiedy nie można ich było kupić. Teraz robię tylko jeden model, który sprawdza mi się niemal w każdym łowisku. Nazywam go bananem   lub kopytem. Z nierdzewnej blachy wycinam trzy takie same kształtki  (pilker ma trójkątny przekrój). Spawam je wzdłuż  krawędzi, a na końcach zostawiam otwory. Później pustego  pilkera wkładam w piasek i w górny otwór wlewam roztopiony ołów. Szlifuję krawędzie, robię otwory na kółka łącznikowe - i to wszystko.       Józef Makowski

Szyper pyta, jak to ma być  w nocy.  Będziemy łowić czy stajemy na kotwicy? Wybieramy kotwicę, bo każdy jest już zmęczony. O czwartej pobudka, śniadanie, łowienie, obiad, łowienie, znowu nudy na pudy. Królem polowania zostaje kolega, który wyholował dwa największe dorsze: 7,5 i 6,4 kg. Na następnym rejsie zdejmiemy mu z pilkera kotwiczkę, ciekawe jak sobie wtedy poradzi. Inni też mają ładne dorsze, po 3-4 kg i dużo mniejszych.
    O trzynastej sygnał oznajmia koniec łowienia. Wracamy do Kłajpedy. Jesteśmy 30 mil od brzegu, mamy cztery godziny na sklarowanie sprzętu. Pakujemy filety do lodówek, przekładamy je butelkami z lodem, przygotowała je załoga. W czasie rejsu ryby musieliśmy sami sprawiać i filetować.
    W porcie pakujemy się do auta i w drogę. Zatrzymujemy się w znajomym zajeździe. Niestety, “cepelinai uże nie imiejem”, zbyt późna godzina, wszystkie zjedzone. Pocieszamy się domowym schabowym z kosteczką. Na granicy przypominają się dawne czasy, w kolejce czekamy półtorej godziny.

 
    Mieszkamy na kresach Polski. Z Suwalszczyzny wszędzie daleko. Jeżeli warunki na drodze sprzyjają, do Łeby jedziemy siedem godzin, a do Kłajpedy cztery, choć odległości są podobne. Litewskie łowiska mają głębokość 35-50 m i mnóstwo zaczepów. Dorszy jest bardzo dużo,  średnia waga wynosi 2,5 kg. Można je zabrać, bo na Litwie nie ma limitów ilościowych. Duże sztuki też się trafiają, rekordem naszej grupy jest dorsz ważący ponad 10 kg. Rejs trwa kilkadziesiąt godzin, więc łowi się bez stresu. U nas trwa to  godzinę albo dwie, a gdzie czas na testowanie pilkerów i sposobów ich prowadzenia? Poza tym nasze kutry są znacznie mniejsze niż Leo, więc  przy gorszej pogodzie zbyt szybko dryfują.
    Leo ma prawie trzydzieści metrów długości i pięć szerokości. Na pokład zabiera tylko ośmiu wędkarzy, bo tyle jest miejsc do spania. Hotelowych luksusów nie ma, zwłaszcza gdy chodzi o łazienkę, ale  dla zaprawionych zapaleńców nie stanowi to większego problemu.   
    Arnold Hościłło
    Olecko