W SUMIE KUKURYDZA

Ten sezon na Zalewie postanowiłem poświęcić karpiom. Nie, wcale nie zostałem karpiarzem. Kołek, na którym powieszę swój ukochany spining, jeszcze nie został wystrugany. Po prostu tak się złożyło, że bywając nad Zalewem trzy razy w tygodniu,  mogłem sobie regularnie nęcić łowisko. Nie liczyłem na bicie rekordów, po prostu cieszył mnie każdy złowiony karp, a najbardziej ten przyrządzony po grecku przez moją  żonę. I kto by przypuszczał, że w takich banalnych okolicznościach przeżyję jedną z najciekawszych wędkarskich przygód.

Zalew ma grono stałych bywalców. Większość z nich ma swoje zaklepane mety. Chcąc sobie zapewnić  święty spokój, wybrałem stanowisko na względnym odludziu. Nic specjalnego. Płaskie twarde dno, dwa metry głębokości i uciążliwe latem sąsiedztwo kąpieliska. Od dawna nikt w tym miejscu nie łowił, więc  mogłem  je  zawłaszczyć.
Nęcić zacząłem już w marcu. Kupiłem na targu worek kukurydzy i przy każdej okazji sypałem w łowisko 2 - 3 kilogramy gotowanego ziarna. Nie chciało mi się męczyć z procą, więc sypałem kukurydzę ręką. Dziesięć metrów od brzegu. Ponieważ nie spodziewałem się okazów większych niż pięć kilogramów, uznałem, że najprzyjemniej będzie  łowić odległościówką. Na matchową szpulę nawinąłem 150 m nowej tonącej szesnastki, a haczyki nr 8 wiązałem na przyponach z czternastki. Karpie i leszcze szybko zasmakowały w gotowanej kukurydzy, a już kilka ziarenek z puszki, dodatkowo pachnących scopexem, było dla nich pokusą nie do odparcia.
W miarę jak mijała wiosna, karpików z jesiennego zarybienia ubywało,  za to zaczynały brać zdziczałe karpie ze starych zarybień. Nie było ich wiele, lecz udany  hol czterokilowego sazana na delikatnym zestawie wynagradzał  nawet kilka nieudanych wieczornych  zasiadek. Z czasem nie było już sensu łowić za dnia, bo brania były przeważnie  wcześnie rano albo po zachodzie słońca.
Początek lipca był upalny. Słońce jeszcze nie wzeszło, a w siatce już miałem leszczyka i trzykilowego królewskiego lustrzenia. Spławik przesunął się w bok i zanurkował. Od razu po zacięciu poznałem, że to nie karp, nie leszcz i nie amur. Ryba parła na środek jednostajnie i od czasu do czasu murowała do dna. Kiedy po pięciu minutach holu zobaczyłem przy podbieraku miarowego suma, wciąż nie mogłem uwierzyć, że złowiłem go na kukurydzę! No bo jakim cudem? Sum to przecież typowy mięsożerca. Haczyk tkwił mu w pysku, więc pewnie zaatakował leszczyka albo płotkę obwąchującą przynętę i złowił się przez przypadek.
W dwa tygodnie później bladym świtem przekonałem się, że to chyba nie był przypadek. Cztery ziarenka kukurydzy z puszki skusiły do brania rybę, która najwyraźniej była z innej bajki. Najpierw parła na środek, potem w prawo. Kiedy wysnuła już połowę zapasu żyłki, odbiła w lewo. Szła prosto w stronę wyspy i wystających z wody kikutów zwalonych drzew. Bezradnie patrzyłem na wygiętą do granic wytrzymałości wędkę i coraz bardziej pustą szpulę kołowrotka. Ryba nie uciekała. Płynęła powoli, nie zatrzymując się nawet na moment, jak puszczona wolno lokomotywa. Łowiący w pobliżu koledzy widzieli już, że to sum,  i prześcigali się w szacunkach: dwadzieścia, trzydzieści, czterdzieści kilo! Dla mnie to było obojętne. I tak nie byłem w stanie nic zrobić.
Umilkła terkotka, ale to nie sum stanął, tylko skończyła się żyłka na szpuli. Podbiegłem, nawinąłem jeszcze parę metrów, ale ryba i tak była już za wyspą. Nagły luz wcale mnie nie zdziwił. Jeszcze się łudziłem, że zawrócił i płynie w moją stronę, ale nie. Spławik i cała reszta zestawu ozdobiły gałęzie zatopionego drzewa.
 Następnego ranka zameldowałem się nad wodą dzierżąc w ręku mamucią odległościówkę. Długi karpiowy kij, dwieście metrów trzydziestki piątki na szpuli sporego kołowrotka, 20-gramowy wagler i solidny hak czwórka na przyponie z plecionki. Żeby ułatwić sumom zadanie, na hak założyłem dwie rosówki. Branie miałem prawie natychmiast. Wyciągnąłem okonka krótszego niż długopis. Następne już czekały w kolejce. Chcąc nie chcąc przeprosiłem się z kukurydzą. Branie. Pudło. Branie. Pudło. Pewnie małe leszczyki. Znowu branie. Karp 56 cm. Żadnej finezji holu. Na takim sprzęcie? Zresztą to wyciąganie karpi na prostym kiju jeszcze bym jakoś przeżył, gorzej, że na pięć brań pudłowałem cztery, a sumy jakoś nie chciały brać.
Z rozmarzeniem zacząłem wspominać lekką odległościówkę, przy której na dziesięć brań miałem co najwyżej jedno pudło. Postanowiłem o świcie i o zmroku łowić sprzętem mamucim, a za dnia  wracać do tamtej lekkiej wędki. Już pierwszego dnia o dziewiątej rano rzeczywistość przywołała mnie do porządku. Zaciąłem za mocno, na niewielkiej rybie urwałem zestaw, a dno łowiska wprost eksplodowało tysiącami bąbelków. To mógł być tylko kolejny sum. Poprzysiągłem sobie, że odtąd będę tam łowił tylko mocnym sprzętem.
Wytrzymałem przez tydzień. Brań miałem kilkanaście, ale udanych zacięć zero. Zrezygnowany uznałem, że lepiej zaciąć rybę i zaryzykować, że jej nie wyjmę, niż mieć gwarantowany hol i żadnej ryby na haczyku. Pierwszą rybą, jaką wyholowałem delikatnym sprzętem, był... pięciokilowy sum.
Postanowiłem stworzyć zestaw pośredni. Prawie tak samo skuteczny jak klasyczna odległościówka, ale sporo mocniejszy. Zacząłem szukać w sklepach odpowiedniego wędziska, którym mógłbym stawić sumowi zauważalny opór. Okazało się to trudniejsze niż myślałem.
W międzyczasie nie zaniedbywałem ukochanego spiningu. Wpadłem na pomysł, że skoro sumy biorą w łowisku nęconym kukurydzą, to można je tam łowić także na spining. Najpierw więc  wrzucałem  w swoje łowisko kilka kilogramów kukurydzy. Kij miałem szczupakowy, o wyrzucie do 50 g, a na kołowrotku solidny zapas trzydziestki i błystki uzbrojone w kotwice nr 1. Marzyło mi się złowienie dużego suma.
Ten ranek minął bez żadnej przygody, dopiero wieczór był obiecujący. Chłód po upalnym dniu i szansa na sandacza, a może suma. Znowu podnęciłem kukurydzą i było już zupełnie ciemno, kiedy kilkanaście metrów od brzegu poczułem mocne szarpnięcie. Zaciąłem, poprawiłem i odruchowo poluzowałem hamulec. Wizg kołowrotka wydającego równo żyłkę upewnił mnie, że mam do czynienia z sumem. Czułem jego siłę. Niezmordowanie parł do przodu. Dwadzieścia, trzydzieści, czterdzieści metrów. Na chwilę się zatrzymał, kilka razy potężnie targnął łbem i ruszył w kierunku wyspy.
Żarty się skończyły. Dokręciłem hamulec do wytrzymałości wędziska, ale on chyba tego nawet nie zauważył. Wybierając żyłkę kołowrotkiem zacząłem biec w stronę wyspy. Miałem nadzieję, że jeżeli będę go ciągnął w stronę zaczepów, zacznie uciekać w przeciwnym kierunku.
 Byłem już na drugim skraju kąpieliska, kiedy poczułem, że sum zmienił kierunek. Uciekał teraz na środek Zalewu. Udało się. Po pięciu minutach po raz pierwszy zabrakło mu siły i mogłem go zacząć pompować. Odzyskałem z dziesięć metrów żyłki, ale zaraz potem straciłem cztery razy tyle. Sum był potężny i wciąż jeszcze dysponował zapasem sił. Na szczęście za każdym razem uciekał od wyspy i na coraz  krótsze odległości.
W końcu podholowałem go bliżej brzegu i z wysiłkiem wyślizgnąłem na piach. Trzęsącymi się rękami rozwijałem dwumetrową miarkę. 142,5 cm. Podręczna waga pokazała 18,5 kg. Byłem szczęśliwy, ale najbardziej interesowała mnie teraz inna sprawa. Przyświecając sobie latarką dokładnie obejrzałem pysk, łeb, skrzela i płetwy piersiowe suma. Szukałem złoconego okrągłego haczyka nr 8. Bez skutku.
 Znalazłem  go dwa miesiące później, kiedy rozmrożony łeb suma wkładałem do formaliny. Tkwił wbity głęboko w dolną szczękę, pod skórzastą błoną. W końcu sum nie na darmo miał w żołądku sporą garść kukurydzy.
Jarosław Kurek