BRANIA NA DRGAJĄCĄ

Każda ryba bierze inaczej. To wiemy z praktyki spławikowej. Łowiąc tą metodą,   potrafimy rozpoznać  zdobycz,  zanim jeszcze znajdzie się w siatce. Podobnie jest przy połowach na drgającą szczytówkę. Ona także pokazuje -  uważam, że nawet wyraźniej od spławika - z jaką rybą mamy do czynienia.

Podczas brania płoci szczytówka kilka razy drga. Są to ruchy drobne, ale intensywne. Zacinać należy od razu, gdy tylko pojawią się pierwsze sygnały. Jeżeli się spóźnimy, odczekujemy chwilę z ręką na dolniku. Po przerwie płoć znowu puknie.
Leszcz najpierw szczytówkę prostuje (to jest to samo, co wykładanie spławika). Można się domyślać, że przynętę ma już w pysku, więc  należy zacinać. Nawet jeszcze wtedy, kiedy po wyprostowaniu szczytówki ryba wyraźnie ją przygnie. Wówczas  najczęściej ma przynętę głęboko w przełyku. Jeżeli po ponownym ugięciu szczytówki zacięcie spóźnimy, to leszcz zdoła przynętę wypluć. Duże leszcze mogą nas wprowadzić w błąd, bo biorą zupełnie inaczej. Najpierw szczytówka drga, a zaraz potem zaczyna się mocno się uginać. Wtedy zacinamy.
Gdy bierze karp, szczytówka najpierw się wychyla w bok lub do góry, następnie uspokaja na kilka - kilkanaście sekund, czasem nawet na dłużej, potem raptownie gnie, aż wyskakuje z podpórki. Ryba się sama zacina i wciąga wędkę do wody.
Brzana lekko szczytówkę napręża, jakby próbowała robaka, i za moment zdecydowanie ją przegina. Jedno krótkie, raptowne drgnięcie zwiastuje klenia. Ciąć trzeba w tempo, bo kleń szybko przynętę wypluwa i rzadko zacina się sam.
Rybą, która sprawdzi naszą cierpliwość, jest lin. Najpierw szczytówka długo i delikatnie drga, często się przy tym powoli przygina. Ale to dopiero uwertura. Potem  szczytówka wychyla się mocniej, bo ryba odpływa. Wtedy jest już najczęściej zacięta.  Bez naszego udziału.

Łowienie wędziskami z drgającą szczytówką to zajęcie mocno absorbujące. Kiedy ryby biorą dobrze, jesteśmy   skoncentrowani i rękę niemal bez przerwy trzymamy na dolniku. Inaczej, kiedy brania są rzadkie. Wtedy jesteśmy rozluźnieni i często zacięcia spóźniamy. Należy się jednak domyślać, że ryby już są w zanęcie. Trzeba je więc w jakiś sposób prowokować do częstszych brań lub te rzadkie  brania wykorzystać do końca.
Pierwsza rzecz to długość przyponu. Żeby stwierdzić, czy ryby są w łowisku, przypon powinien być jak najkrótszy. Gdy tylko ryba weźmie przynętę do pyska, szczytówka to zasygnalizuje. Trzeba jednak pamiętać, że krótkie przypony są dobre tylko podczas dobrego żerowania. Kiedy ryby biorą słabo, przypon należy wydłużać (szczególnie jeżeli na haczyku widzimy  wyssane robaki). Gdy spece od leszczy łowią je w rzece, stosują przypony nawet dłuższe  niż metr.
Wiadomo, że spławika nie można zostawić bezczynnie. To samo dotyczy drgającej szczytówki. Zestaw trzeba po kilka centymetrów podciągać i w ten sposób ryby prowokować. Można to robić kołowrotkiem lub kijem, ale również palcami, byle  lekko i z czuciem. W zasadzie to nie ściąganie zestawu, lecz  napięcie żyłki sprawia, że przynęta się podnosi i brania stają się bardziej agresywne.
Żeby zacinanie ryb, o których tu mowa,  było pewne, powinno się stosować bardzo miękką szczytówkę, a przynęty zakładać tak, żeby jak najmniej zwisały z haczyka. Na przykład białe robaki, nawet gdy jest ich kilka, powinny być w całości  naciągnięte na haczyk.
Trochę inaczej jest z jaziami. Biorą najczęściej mocno i szybko uginają szczytówkę. Zdarza się, że  przedtem następuje mocne pstryknięcie. Rzadziej branie jazia to cała seria puknięć w szczytówkę, podobnie jak w przypadku płoci, ale mocniejszych. Przy takich braniach należy  stosować szybkie, mocniejsze szczytówki i  duże przynęty. Jaź rzadko zostawia przynętę, dlatego rękę trzymamy cały czas na dolniku.
 Kiedy na drgającą szczytówkę łowi się w rzece daleko od brzegu, brania wszystkich ryb robią się podobne, bo silny nurt prze na żyłkę i zaciera subtelności. Dlatego  często po leszczowym  braniu na haczyku mamy sandacza. One również lubią  białe robaki.