NA KARPIOWYM SZLAKU


Już 30 lat łowię karpie w zbiornikach zaporowych: Żywieckim i Międzybrodzkim. Przekonałem się, że ich stada cały czas wędrują. Trasy tych wędrówek są niezmienne. Suną nimi zarówno sztuki stare, doświadczone, jak i kilowe karpiki ze świeżych zarybień. Połowy na takim karpiowym szlaku cenię sobie najbardziej. Tam nawet kilkugodzinna zasiadka daje więcej niż wielodniowe nęcenie w przypadkowym miejscu.


Pora roku, pora dnia
W Zalewie Żywieckim dobowe wahania lustra wody są niewielkie i trasy wędrówek zależą tam przede wszystkim od pory roku i dnia. Wiosną i jesienią karpie trzymają się nagrzanej wody blisko brzegów. Późną jesienią i na progu zimy krążą po kilkunastometrowych kamienistych stokach, ale nie schodzą niżej niż do głębokości 7 - 8 m. Czasami największe okazy są do złowienia kilkanaście metrów od brzegu.
Latem za dnia karpie przebywają z dala od brzegów, najchętniej w pobliżu starego koryta rzeki. Na noc wychodzą na płycizny, nieraz metrowe. Jak magnes przyciągają je ujścia dopływów, nawet niewielkich potoczków. W górę zalewu (w stronę cofki) prawie zawsze wędrują stokami i półkami wymytymi wzdłuż starego koryta rzeki. Na płycizny ciągną nie gromadnie, lecz w niewielkich grupach. Im pogoda bardziej upalna i słoneczna, tym ruszają tam wcześniej; w dni pochmurne i deszczowe dopiero krótko przed zmrokiem. Rano odchodzą od brzegów wtedy, gdy jest już jasno, przeważnie w ciągu dwóch godzin po wschodzie słońca.

Sztuka obserwacji
W rozpoznaniu karpiowych szlaków pomaga mi wieloletnia obserwacja tego, co dzieje się w wodzie i na jej powierzchni. Kiedy karpie się spławiają, to nieraz przyglądam im się przez wiele godzin. Już po kilku takich seansach można ustalić, gdzie zazwyczaj przebywają rano, kiedy ruszają na płycizny, którędy płyną, na jakiej głębokości lub w jakiej odległości od brzegu się zatrzymują. Pomocne są także informacje, gdzie i o jakiej godzinie brały innym wędkarzom. Jeżeli łowisko było nęcone krótko (do dwóch dni), to prawie na pewno złowione zostały karpie, które właśnie wtedy tamtędy przepływały.
Na płyciźnie można czasem zobaczyć, jak karpie żerują, bo ryjąc dno mącą wodę. Raz wypatrzyłem coś takiego dosłownie 7 metrów od brzegu. Było tam mnóstwo wędkarzy. Chyba żaden z nich nie dostrzegł tego co ja, bo wszyscy zarzucali wędki bardzo daleko. Rozłożyłem się ze sprzętem naprzeciw zmąconej wody i dla niepoznaki też rzuciłem na odległość 70 m. Po chwili dyskretnie zwinąłem żyłkę i położyłem przynętę na dziesiątym metrze. Karp wziął ją natychmiast. Wyholowałem go i znów zarzuciłem jak najdalej. W niecałą godzinę złowiłem, prawie pod nogami, trzy grube karpie i nikt się nawet nie zorientował, jak mi się to udało.

Zanim zaczęto powszechnie stosować metodę włosową, podobnie jak inni tutejsi wędkarze łowiłem karpie tzw. sposobem żywieckim. Po zarzuceniu wędki mocno osadzałem wędzisko w uchwycie i wybierałem luz. Hamulec kołowrotka nastawiałem na wytrzymałość żyłki, a sygnalizator (bombkę) wieszałem na jej kilkunastocentymetrowym zwisie.
Karp po złapaniu przynęty zaczynał odpływać, bombka strzelała o kij, karp sam wbijał sobie haczyk i prawie każde branie było zacięte. Zasada była ta sama, co w obecnie używanych zestawach samozacinających, tyle że zamiast zablokowanego ciężarka opór stawiało wędzisko i hamulec kołowrotka. Żywieckim sposobem łowiło się głównie latem, gdy woda była nagrzana i karpie brały energicznie. Na wiosnę i późną jesienią lepsze wyniki dawało tradycyjne łowienie z sygnalizatorem umieszczonym na dużym zwisie żyłki.

Wąskie gardło
Najchętniej łowię na płyciznach w górze zbiornika. Dla karpi idących do ujścia głównego dopływu jest to swego rodzaju wąskie gardło. Dawnym korytem rzeki płynąć nie nawykły, a na wodę płytszą niż metr wejść nie bardzo mogą. Starym zwyczajem suną więc wzdłuż spadów. Bardzo ułatwia mi to wędkowanie, bo zawęża pole łowienia do pasa szerokości kilkunastu - kilkudziesięciu metrów. Na dodatek jest to szlak, którym przepływa najwięcej karpi.

Pod dyktando wahań wody
W Zalewie Międzybrodzkim, który jest zbiornikiem wyrównawczym, wahania poziomu są znaczne i gwałtowne. Przyjmuje on bowiem wodę zrzucaną ze zbiornika żywieckiego, a do tego dochodzą duże pobory i zrzuty dokonywane przez elektrownię szczytowo-pompową Żar. Wędrówki karpi zależą tu więc przede wszystkim od stanu wody. Kierunek jest jeden: w stronę zrzutu. Jeżeli woda jest puszczana regularnie, to karpie przepływają z dokładnością zegarka.
Wypatrzyłem tu raz stado liczące kilkadziesiąt karpi. Były wyraźnie nerwowe, kręciły się w miejscu, ale chyba nie żerowały, bo woda wokół nich nie była zmącona. Zarzuciłem wędkę, ale brania się nie doczekałem. Około południa poziom wody zaczął się podnosić i karpie znikły jak kamfora. One po prostu czekały na puszczenie wody. Płynący przez zalew nurt działa na karpie niezwykle pobudzająco. Wszystkie natychmiast zaczynają płynąć pod prąd w poszukiwaniu żeru. Płyną stokami wzdłuż koryta aż do samej góry, pod wlew, i po drodze intensywnie żerują. Chyba nic wtedy nie jest ich w stanie zatrzymać. Nieraz stado karpi żerowało w mojej zanęcie, ale gdy tylko puszczono wodę, brania natychmiast się kończyły. Nie miała znaczenia jakość zanęty, nie pomagało dorzucanie nawet bardzo dużych porcji świeżej karmy. Karpie opuszczały zanęcone żerowisko, zabierały się i płynęły pod prąd.
W Międzybrodziu zazwyczaj wędkuję w górnej części zalewu, na spadach wzdłuż dawnego koryta rzeki, bo tamtędy karpie i ciągną w górę, i spływają w dół. Najlepiej łowi mi się wtedy, gdy z Zalewu Żywieckiego spuszczana jest woda. Trwa to przeważnie koło czterech godzin. Poziom w zbiorniku wyrównawczym podnosi się o 40 cm. Potem wody zaczyna ubywać, bo pompuje się ją do zbiornika elektrowni szczytowo-pompowej Żar. Karpie żerują coraz słabiej i stopniowo schodzą w dół. Najlepsze są te dni, kiedy woda spada i z Żywca, i z Żaru. Skutek tego jest taki, że karpie pozostają aktywne przez wiele godzin. Ale bywa i tak, że z Żywca woda nie spływa, natomiast spuszcza się ją z Międzybrodzia. Wtedy robi się tragicznie. Poziom opada, wyłaniają się mielizny, a karpie, które już wychodziły na płycizny, wracają w dół i o zasiadce w górze zbiornika trzeba zapomnieć.

Taktyka nęcenia

Gdy łowię karpie na szlaku ich wędrówki, wystarcza mi jednorazowe nęcenie. Nie muszę ich wabić, bo one i tak znajdą się w moim łowisku. Zanęta ma je tam tylko jak najdłużej zatrzymać. Zresztą kilkudniowe nęcenie na płyciznach zbiornika zaporowego nie ma wielkiego sensu. Przy ciągłych wahaniach poziomu wody może się okazać, że w zanęconym miejscu jest 20 cm wody i karpie nie dadzą rady tam wpłynąć, albo też rwie nurt tak silny, że zanętę już dawno zmyło.
Zaczynam wędkować zawsze przed spodziewanym ciągiem karpi w górę zbiornika (przed puszczeniem wody). Po zarzuceniu wędek w wybrane miejsce strzelam tam procą kilka garści kukurydzy i czekam. Nęcę skąpo, bo karpie tak czy tak wejdą w łowisko, a dużą ilością zanęty mógłbym zwabić stado kleni albo płotek. Poza tym gdy woda zaczyna płynąć, to znosi zanętę w dół. Kiedy tylko weźmie pierwszy karp, przystępuję do nęcenia głównego: rzucam procą do 5 litrów kukurydzy. Takie sypanie pokarmu rybom wprost na głowy nie odstrasza nawet grubych sztuk. Przeważnie udaje mi się zatrzymać stado na kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt minut. W tym czasie mam jedno, dwa, czasem kilka brań i karpie nieodwołalnie wędrują dalej pod prąd. Pozostaje mi tylko czekać na ich powrót. Co jakiś czas wrzucam do wody garść kukurydzy, a solidniejszą porcję wtedy, kiedy zauważę, że już spływają w dół. Mam jedno, najwyżej kilka brań, i moje łowisko znów staje się bezrybne. Aż do kolejnego nawrotu wędrujących karpi.
Jan Banaś
Żywiec
notował Jarosław Kurek