ŻMIJOGŁOWY


Tak wielkiego kraju jak USA nie da się obronić przed inwazją obcych gatunków, tamtejsze służby jednak się o to starają i mają w swoim orędziu bardzo restrykcyjne przepisy pozwalające na nakładanie wysokich grzywien.

Ostatnio spore zamieszanie wywołały informacje w mediach poświęcone rybom nazywanych żmijogłowami. Ich ojczyzną są wody Azji i Afryki. W Stanach hoduje się je w akwariach i stawach, ale w siedmiu stanach znaleziono je także w wodach otwartych. Za spore zamieszanie w mediach odpowiedzialni są głównie dziennikarze, którzy wyolbrzymiali różne cechy tej ryby, żeby wywołać sensację. Żmijogłowy, osiągające do 1,5 m długości, potrafią obyć się bez wody nawet kilka dni, mogą pokonywać krótkie odcinki po lądzie, zdolne są też ugryźć wędkarza, który by żmijogłowa chwycił w rękę, ale wbrew nazwie nie są jadowite. Te cechy wystarczyły jednak, by tej rybie nadać nazwę Frankenfish lub nawet Fish from Hen
(ryba z piekła). Prawdopodobnie spowoduje ona zaburzenia w tamtejszych wodach, nie ma bowiem naturalnych wrogów. W kilku stanach posiadanie żywych żmijogłowów jest zakazane.

 
W Ameryce obawy budzi także inny obcy gatunek - tołpygi. Nazywane są tam karpiami azjatyckimi (Asian carp). Wprowadzono je w 1993 r. do stawów, w których hoduje się sumy, żeby walczyły z zakwitami glonów. Jak się łatwo domyśleć nie spełniły pokładanych w nich nadziei, natomiast podczas powodzi uciekły do rzeki Missisipi i się tam licznie rozmnożyły, bo na południu USA sprzyja im ciepły klimat. Teraz nie wiadomo, jak ograniczyć liczebność tych ryb. Wśród Amerykanów zdumienie budzi zdolność tołpyg do wysokich skoków nad powierzchnię wody. Uznano to nawet za zagrożenie dla ludzi, gdyż te dorastające do 50 kg ryby łatwo się płoszą odgłosem silników motorowych i zdarzało się już, że wpadały do płynących łodzi.