BRODZENIE TO NIE ALTERNATYWA



Dla spiningistów łowiących z brzegu większość jezior jest niedostępna.
Powód -  duża ilość wodnej roślinności. Chyba że włożą spodniobuty
i będą brodzić

Prawie we wszystkich jeziorach, gdzie dno z początku opada powoli, widać dwie strefy podwodnej roślinności. Pierwsza jest dosyć blisko brzegu, a kończy się tam, gdzie głębokość dochodzi do jednego metra. Potem jest pas  gołego dna sięgający aż do pierwszego uskoku. Czasami taki uskok jest niezauważalny, ale zawsze można go rozpoznać po tym, że zaczyna się tam druga strefa roślinności. W zasadzie jest  to pierwsze miejsce, w którym cały czas gromadzą się ryby, i zarazem pierwsza przeszkoda nie do pokonania dla spiningisty łowiącego z brzegu. W tym zielsku bowiem będą grzęzły przynęty. Jedyna rada: włożyć spodniobuty, wejść do wody i swobodnie spiningować  nad tym zielskiem, a także za nim. W wielu miejscach spodniobuty pozwalają też swobodnie poruszać się za pasem trzcin.

Brodzenie nie jest alternatywą dla tych wędkarzy, którzy nie mają łódk
i. To zupełnie inny sposób wędkowania. Łowimy wprawdzie w miejscach, które są z łódki dostępne, ale przynętę możemy prowadzić bardzo precyzyjnie, bo stoimy na stabilnym gruncie. Celnie się ją zarzuca i wyczuwa każde, nawet najbardziej delikatne branie. I jeżeli dzisiaj nie możemy złowić ryby, która dała o sobie znać tylko stuknięciem, to możemy być pewni, że kiedy znajdziemy się tu następnym razem, będzie na nas  czekała dokładnie w tym samym miejscu.
Brodzenie ma jeszcze jedną zaletę. Tę mianowicie, że brodzącego wędkarza ryby się nie boją, a od łódki, która pływa po płytkiej wodzie, w popłochu  uciekają. Jest jednak warunek: trzeba się  poruszać ostrożnie, stawiać nogę za nogą, powoli, bez raptownych ruchów i chlapania. Tego zresztą wymaga bezpieczeństwo. Chodząc powoli, stawiając małe kroki, nie będziemy potrzebowali asekuracyjnego kija. Do wody i tak nie można wchodzić  głębiej niż do pasa, bo inaczej podczas łowienia moczylibyśmy  łokcie.
Oczywiście nie gwarantuję, że nikt się nigdy nie skąpie. Samemu mi się to zdarzyło. Kiedyś  szedłem pewnie – zbyt pewnie! - do przodu, gdy nagle  wraz z pasem trzcin skończyło mi się dno. Ledwo się jakimś cudem wygramoliłem. Przekonałem się wtedy, że gdy do spodniobutów wleje się woda, to człowiek odnosi wrażenie, że ma ona wagę ołowiu. Ale – powtórzę to jeszcze raz, bo  bezpieczeństwo jest najważniejsze - jeżeli wchodzi się do wody powoli, ostrożnie i nie głębiej niż do pasa,  to taka zła przygoda nie ma prawa się przytrafić.

Łowię w Jeziorze Strykowskim. Znajduje się ono 5 km na zachód od Stęszewa, 25 km od Poznania przy trasie na Zieloną Górę
. Jest to długa polodowcowa kiszka, która ma 8 km długości i ponad 380 hektarów. Dno przy brzegach jest twarde, ale głębsze miejsca zalega warstwa mułu. Ponieważ do jeziora ścieka woda z przybrzeżnych pól, latem są silnie zakwitają tam sinice. Wtedy przejrzystość wody wynosi zaledwie kilkanaście centymetrów. Taką wodę lubią sandacze i z nich właśnie to jezioro słynie. Oczywiście poza sandaczami łowię tam również inne ryby, np. okonie i szczupaki.

Strykowskie jest dostępne dla wędkarza w spodniobutach. Przy brzegach dno jest na ogół twarde, a po kilkunastu, czasami po kilkudziesięciu metrach stromo opada. Pomiędzy tym stromym spadem a miejscami, do których da się dojść w spodniobutach,  są rzadkie trzciny, sitowie, gdzieniegdzie roślinność podwodna. Ryby nie występują wzdłuż brzegu równomiernie, więc ciągle ich szukam. Kilka, czasami kilkanaście rzutów w jednym miejscu i - dalej.  
Na wyprawę zabieram jedno pudełko z przynętami, które trzymam w kieszeni spodniobutów, na wysokości piersi. Na oczach zawsze mam okulary polaryzacyjne, a na głowie   czapkę z daszkiem, nie tylko dla  ochrony przed słońcem. Kiedy okulary są w cieniu daszka, lepiej przez nie widać. Mogę więc dokładnie obserwować przynętę w ostatniej fazie prowadzenia, tuż przed wyjściem z wody. Ryby często ją odprowadzają. Płyną obok, ale nie uderzają. Jeżeli ich się nie spłoszy, warto w takim miejscu rzucać wiele razy, ale co jakiś czas zmieniać  i przynętę, i sposób jej prowadzenia. Przekonałem się, że tzw. biczowanie wody ryb nie płoszy. Kiedyś w takim miejscu rzucałem do sandacza kilkadziesiąt razy (!) i w końcu udało mi się go złowić.
Spiningista brodzący też oczywiście musi mieć obcinaczki, obcążki i jakieś inne drobiazgi. Do wszystkich tych przedmiotów,  nawet do pudełka z przynętami, jest doczepiony cienki sznurek, który drugim końcem przywiązuję do szelek w spodniobutach. Dzięki temu nie toną,  kiedy wypadną mi z ręki. Radzę o tym pamiętać, bo to niezwykle denerwujące, gdy się widzi pod nogami utopiony przedmiot, a  nie można się po niego schylić.
Mój sprzęt nie jest wyszukany. Wędzisko to Black Star Pro Kormorana długości 2,4 metra z ciężarem wyrzutu 2 - 15 g. Czasami przydałby się dłuższy kij, żebym mógł wystawić szczytówkę poza trzciny, ale wtedy pojawiłby się problem z podbieraniem  złowionej ryby. Używam  bowiem pobieraka muchowego, a więc z  krótką rękojeścią. Na ogół jednak kij 2,4 mi wystarcza, bo żyłka, jaką stosuję, pozwala zarzucać daleko nawet lekkie przynęty. Trochę z żyłkami eksperymentowałem i zostałem przy  osiemnastce. Jest mocna, mogę na niej holować nawet duże ryby,  czasem nawet wyciągam je z zielska. Cieńsze żyłki są za bardzo rozciągliwe i na pełnym wyrzucie nie można ryby zaciąć.  Grubsze też są nieprzydatne, bo ograniczają zasięg rzutu.

Sandacze łowię wyłącznie na gumy. Moimi faworytami są predatory Mannsa 5 i 7 cm, seledynowe z brokatem, motor oil z brokatem zielonym oraz białe z grzbietem czarnym lub niebieskim. Do nich dżigi o wadze  od trzech do kilkunastu gramów.
Przynęty prowadzę na kilka sposobów, ale zawsze po zarzuceniu długą chwilę czekam, żeby poleżała na dnie w bezruchu. Gdy zostaje poderwana, atakują ją okonie i sandacze. Trzeba być na to przygotowanym. Później, już po poderwaniu, prowadzę ją małymi skokami albo ciągnę w jednostajnym tempie. Nie wiem od czego to zależy, ale ryby czasami reagują tylko na skoki, a innym razem ich uwagę zwraca  tylko kopyto niemrawo wleczone po dnie. Cały czas trzeba próbować i to w jednym miejscu, bo kaprysy sandacza trudno odgadnąć.
Nie ma też reguły, jaka pora dnia jest na sandacza najlepsza. Nad jeziorem zawsze zjawiam się wcześnie rano. Wtedy łowię ich   najwięcej, ale już nieraz  dawały mi się złowić tylko między czwartą i szóstą po południu. Mogłoby się  wydawać, że w pewnych godzinach sandacze podpływają do płycizn, żeby nażreć się małych rybek, ale ja jestem przekonany, że one ciągle są w tym samym miejscu i albo żerują, albo pyski mają zamknięte. Prawie wszystkie sandacze, które złowiłem w Jeziorze Strykowskim, stały na krawędzi dna w miejscu, gdzie woda płytka spotyka się z głęboką. Dlatego  gdy właśnie tam doprowadzam przynętę, zawsze jestem bardzo skupiony. Na ogół sandacze biorą mocno, ale dość często są to skubnięcia przypominające pukanie małego okonia.

Najbardziej lubię, kiedy wiatr wieje od strony jeziora  z zachodu. Ciężko się wtedy rzuca, szybko przychodzi  zmęczenie,  bo wiatr wiejący w twarz, nawet ciepły, jest bardzo dokuczliwy, ale wtedy sandacze biorą najlepiej.
Najwięcej sandaczy złowiłem prowadząc przynętę blisko dna. Ale czasami żerują tuż pod powierzchnią. Już nieraz mnie zmyliły, bo sądziłem, że  to okonie uganiają się za rybkami. Teraz, zwłaszcza wcześnie rano, kiedy na wodzie widzę oznaki żerowania, zakładam lekkie główki i łowię kopytami tuż pod powierzchnią. Żerowanie sandaczy przypomina okonie. Przede nimi drobnica też ucieka ale nie tak bezwładnie jak przed okoniami. To chyba spowodowane jest sposobem atakowania sandacza bo przy nim rybki, w trakcie ucieczki robią na powierzchni wachlarz i nie słychać chlapania tylko szum, jakby ktoś śrutem po wodzie posypał.
Kiedy sandacza zatnę sandacza staram się szybko przyciągać go pod nogi. W pierwszej chwili sandacz idzie potulnie, jakby nie zdawał sobie sprawy, że jest na uwięzi, później ze zdwojona siłą ucieka. Pozwalam mu na kilka odjazdów na głęboką wodę. On się przy tym mocno męczy, ale nawet w ostatniej chwili, gdy jest już blisko, potrafi znów zrobić odjazd. Wtedy trzeba uważać, żeby się w coś nie zaplątał,  bo wykorzysta to i się uwolni. Zawsze noszę z sobą podbierak, ale   najwięcej przyjemności daje mi wyciąganie ryby ręką. Sandacza chwytam za kark i przy tym uważam, żeby nie włożyć mu palca pod pokrywy skrzelowe, które są ostre jak brzytwa..
Tomasz Strugała
Poznań