ZNAJ PROPORCJĄ, MOCIUM PANIE

Nie można powiedzieć, że taki to a taki wobler jest w ogóle dobry na bolenie. Inny musi być wiosną, kiedy bolenie są blisko brzegu i szukają miejsc do tarła, inny latem, kiedy pokarmu mają pod dostatkiem, są bardzo ruchliwe i buszują na otwartej wodzie. Odmienne upodobania mają bolenie np. w Bugu, Wiśle lub Narwi. Mimo tych różnic wszystkie woblery boleniowe mają wspólną cechę: drobną akcję ogonową. Seryjnych woblerów boleniowych produkcji fabrycznej kupić  nie można. Wszystkie są robione ręcznie i kosztują więcej, bo trudniej je wykonać.

Wobler boleniowy robi się tak jak każdy inny. Z kawałka drewna trzeba wyciąć bryłę przypominająca korpus rybki. Za najłatwiejszy materiał uchodzi drewno balsy, bo jest miękkie i daje się łatwo obrabiać papierem ściernym. Jednak kto już nabierze wprawy, zwykle zamienia balsę na drewno lipowe. Jest wprawdzie twardsze, ale nie na tyle, żeby wykonawcy narobić kłopotu. Ma natomiast taką zaletę, że rowki i otwory, które trzeba zrobić w już wystruganym korpusie, można wykonać z większą precyzją. Ma to wielkie znaczenie, tam bowiem wkłada się ołów i jeżeli otwory są umiejscowione niesymetrycznie, taki wobler nie daje się później właściwie ustawić.

Jedne z najlepszych woblerów robi Dariusz Mleczko, ale poza nim mają je tylko jego najbliżsi znajomi. Darek ich po prostu nie sprzedaje. - Nie wiadomo – mówi - ile musiałbym za nie brać. Na każdy wobler, który dobrze się w wodzie zachowuje, przypada kilkanaście złych. Poprawić ich nie można, są do wyrzucenia. A z tych, które chodzą prawidłowo, też  nie każdy  jest łowny. Na kilkadziesiąt – jeden!

Podobnie mówi Tomasz Sulej. Wprawdzie jego woblery są zupełnie inne od Darkowych, łatwiej się je wyważa, ale nie wszystkie są jednakowo łowne. Musi więc robić ich wiele, sporo każdym z nich łowić, żeby później mógł powiedzieć: - To jest wobler boleniowy.

Jak widać, problemów  z boleniowymi woblerami jest wiele, a ich źródłem jest specyficzny sposób łowienia tej ryby. Na ogół przynętę prowadzi się bardzo szybko tuż pod powierzchnią.  Woblery boleniowe nie są duże, zwykle mają od pięciu do siedmiu centymetrów.

Tu dygresja... Nieraz widywałem wędkarzy, którzy z dobrym skutkiem łowili bolenie na woblery trzy-, a także jedenastocentymetrowe. Ale to była szczególna właściwość pewnych  konkretnych łowisk. Chyba nie jest to jeszcze ostatnie słowo spiningistów, bo łowienie boleni stało się modne. Na pewno więc któryś z tych napalonych boleniarzy wymyśli coś, co nas kompletnie zaskoczy.

A zatem - wobler boleniowy nie jest zbyt wielki, ale  trzeba go daleko rzucić. Dlatego do jego wnętrza wkłada się ołów. Nie można go jednak dociążać bez umiaru, bo jeżeli się z ciężarem przedobrzy, to wobler będzie pływał jak przecinak, a przecież musi migotać udając małą spłoszona rybkę. Jak mało gdzie pasują tutaj słowa z “Zemsty” Aleksandra Fredry: “Znaj proporcją, mocium panie”.

Ile włożyć ołowiu i w które miejsce, tego się znikąd nie dowiemy. Tej wiedzy trzeba nabyć doświadczalnie. Nie jest to trudne, ale jest żmudne. Bo zanim zrozumiemy zasadę dociążania,  trzeba kilkanaście woblerów zepsuć.

Zaczynamy od wystrugania kilkunastu korpusów możliwie do siebie podobnych. W każdym robimy wzdłuż korpusu rowek. Później włożymy w niego drut do zawieszenia kotwiczek. W ten sam rowek będziemy też wciskać paski ołowiu. Na rysunkach 1, 2 i 3 pokazane są miejsca, gdzie się umieszcza ołów niemal w każdym typie woblera. Ołów stabilizuje przynętę, podczas łowienia nie pozwala jej wywracać się na boki. Rysunki 4, 5 i 6 ukazują, w których miejscach korpusu umieszcza się obciążenie w woblerach boleniowych. Jest go tam w ogóle więcej, a spora jego część zostaje przesunięta w kierunku ogona. Obciążenie sprawia, że wobler boleniowy tonie. Nie ma to na nic wpływu, bo prowadzimy go bardzo szybko. Ołów jednak musi być rozłożony w takich miejscach i w takiej ilości, żeby podczas tego bardzo szybkiego prowadzenia wobler migotał bokami i miał bardzo drobną akcję ogonową. Taką akcję uzyskuje się przez podniesienie zasadniczego obciążenia (tego nad brzuszną kotwiczką) w kierunku grzbietu i dociążenie ogona.

Z dociążeniem części ogonowej nie ma większego problemu, bo w szczelinę, w którą wkładamy drut, wciskamy również ołowiany pasek. Nie potrzeba go wiele i nie musi być wciśnięty głęboko. Jego bowiem rola to wytłumienie akcji ogonowej (amplitudy wychyleń). Problem jest natomiast z ołowiem nad brzuszną kotwiczką. Jest to zasadnicze obciążenie woblera. Ma ono nadać przynęcie odpowiednią wagę oraz sprawić, żeby się w trakcie łowienia kolebała. Jeżeli obciążenie będzie nisko (rys. ab),   tego efektu nie uzyskamy. Jeżeli za wysoko  (rys. ab 1), wobler będzie się wywracał.

Ale ilość ołowiu, jego usytuowanie oraz proporcje wagowe między obciążeniem  głównym i  ogonowym to problem stosunkowo niewielki. Najważniejsze i najtrudniejsze jest symetryczne umiejscowienie obciążenia głównego  w korpusie woblera (rys. ab 2), w specjalnie wykonanych otworach. Drut i obciążenie mocuje się klejem Distal. Wszystko to, co się do korpusu woblera wkłada wcześniej, można usztywnić szybkowiążącym klejem typu “Kropelka”. Ale distal jest gęsty. Jak go wcisnąć w wąskie szczeliny?

Z tym problemem borykałem się długo, a przecież woblerowym nowicjuszem  nie jestem. Robiłem te przynęty już w połowie lat siedemdziesiątych. Wtedy łowiłem na nie niemal wyłącznie pstrągi. Później przyszła kolej na  woblery  szczupakowe. Ale ani jedne, ani drugie nie wymagały aż takiej  precyzji wykonania jak  woblery na bolenie.  Po wielu próbach znalazłem wreszcie sposób.

W wystruganym korpusie robię szczelinę na drut. Otworów na obciążenie jednak nie wydłubuje, lecz przewiercam korpus na wylot  od grzbietu do brzuszka. Tutaj jest pole do eksperymentu. Mogę zrobić dwa lub trzy otwory grubym wiertłem albo więcej otworów wiertłem cieńszym. W korpusie 6 - centymetrowym trzy otwory wystarczają (rys. cc 1 i cc 2).

Kolejna innowacja jest taka, że nie posługuję się gotowymi obciążnikami. Kiedyś do tego celu stosowałem ołów odlany w postaci lasek. Teraz używam cyny. Laseczkę cyny wkładam w wywiercony otwór i elektryczną lutownicą podgrzewam tak długo, aż się roztopi i dokładnie wypełni otwór. W zależności od tego, jak wysoki ma być słupek stężałej w korpusie cyny, od grzbietu wkładam do otworu drewnianą zatyczkę (powinna mieć taką samą średnicę jak wiertło). Wiedząc, że obciążenie w dolnej części korpusu poprawia  stabilność woblera, a podnoszenie go w kierunku grzbietu ją zaburza, mam duże pole do eksperymentowania. Np. jeden otwór zalewam cyną aż do grzbietu, dwa do połowy. Albo dwa otwory do grzbietu, a jeden do połowy. Można jeszcze inaczej: przednie otwory pełne, tylne do połowy puste. I tak dalej, i tak dalej. Najważniejsze jest, że słupki cyny są umiejscowione w osi korpusu. Dawniej miałem dużo odrzutów, bo np. szczelina była  źle wydrążona albo ołów się przesunął w czasie, kiedy klej jeszcze tężał. Dziś takich problemów nie mam.

Wszystkie późniejsze zabiegi to już kosmetyka. Otwory, które od strony grzbietu nie zostały wypełnione cyną,  można zatkać drewnianymi klinami albo trocinami. Wiadomo jednak, że pusta przestrzeń ma dużą wyporność, więc  można ją pozostawić,  otwór zakleić  papierem lub innym materiałem wykończeniowym i  później pokryć go kilkoma warstwami lakieru. Nie trzeba się bać,  że ryba przynętę zgniecie. Moim woblerom nigdy się to nie przytrafiło.

Opisane tu rozwiązanie jest nie tylko proste i oszczędne (nie ma braków), ale pozwala mi również eksperymentować. Mogę bowiem robić woblery z różną amplitudą migotania, a to się okazało bardzo ważne. Kiedy bowiem bolenie atakują drobnicę tuż przy powierzchni, skuteczniejsze są  woblery, które mało migoczą. Kiedy zaś bolenie schodzą za drobnicą trochę głębiej, lepsze są te, które migoczą mocniej. W pogodny dzień, kiedy chmury przesuwają się po niebie, takich zmieniających się sytuacji  jest mnóstwo.

Woblery boleniowe mają przeważnie bardzo mały ster lub nie mają  go wcale. To bardzo rozsądne. Robiąc woblery własnoręcznie powinno się je tak modelować, żeby sam korpus nadawał im odpowiedni ruch. Woblery z małymi sterami lub całkowicie ich pozbawione są dlatego dobre, że podczas lotu stawiają mały opór i dają się szybciej prowadzić przez wodę. A przecież o to chodzi.Ogromne pole do popisu daje  zdobnictwo przynęt. Niemal każdy producent robi to po swojemu. Na ogół nie jest to ich widzimisię, lecz doświadczenie wyniesione z łowisk. Trzeba więc i na tym polu wiele eksperymentować. Raz może być łowny wobler pomalowany na matowe srebro, a jeszcze tego samego dnia, lecz w innych godzinach, trzeba mu dać niebieski grzbiet.

Bolenie poznaliśmy już dość dobrze. Przede wszystkim wiemy, czym się żywią. Możemy im więc prezentować atrakcyjne przynęty. Ale w wędkarstwie poszukiwania lepszego nigdy nie mają końca.

Wiesław Dębicki