O jednej z największych troci złowionych w Polsce

Już w zeszłym roku koło Mechęcina miałem rybę życia. Zaciąłem ją. Odeszła na trzydzieści metrów, później przyszła pod nogi, chwilę postała i poszła pod drugi brzeg. Stamtąd popłynęła pod prąd, ale wcześniej owinęła żyłkę za jakąś podwodną gałąź. Dwie godziny ją trzymałem. Nikt się nie napatoczył, by mi pomóc. Myślę, że była większa od tegorocznej.

Na wszystkich rzekach łowiłem trocie, ale serce jakbym Parsęcie oddał. Tu były moje trociowe początki, tu poznałem wielu wspaniałych ludzi. Miałem kapitalnych nauczycieli, też wrocławian. Jeden z nich to Henio Żydak. Można sobie wyobrazić, jakiej klasy to wędkarz - gdy był grubo po sześćdziesiątce, to potrafił się czołgać kilkadziesiąt metrów po mokrej łące, żeby go ryba nie zauważyła i z wypatrzonego miejsca podać pstrągowi błystkę. Innym moim nauczycielem (wszyscy z nich to zarazem moi wielcy przyjaciele), był Bolek Fenger. Ten umiał własną babę okręcić, ale i tak go wykończyła. Jechali na wczasy do Kołobrzegu, Bolek, oczywiście, te wczasy załatwiał. Wyjeżdżali szczęśliwi, ale tak się w pociągu pokłócili, że jak lokomotywa stanęła w Białogardzie, Bolek do baby: Jak taka jesteś, to sama sobie jedź na wczasy, ja wysiadam. Ona na wczasy, a Bolek miał już tylko dwa kroki nad Parsętę i cięgiem dwa tygodnie łowienia. Ale baba go wykończyła. Sprzedała mieszkanie we Wrocławiu i wyprowadzili się gdzieś w poznańskie. Oderwała Bolka od wody i od kolegów. Bez tego długo już nie pożył. Tadziu Michniewski, chłop już nie żyje, temu dużo zawdzięczam. Żołnierz Andersa, zdyscyplinowany i rzetelny. Trocie łowił na własnoręcznie klepane blachy. Solidnie mnie uczył. Od niego zresztą się zaczęło to, że zrobiłem pierwszy wykrojnik na blachy. Jestem narzędziowcem. Wtedy, w latach 70., z tym nie było wielkiego problemu. Problem był z pieniędzmi i czasem. Zarabiałem niewiele, wolnych sobót nie było, a na trocie ciągnęło. Łapało się każdą okazję. Bywało, jechałem w lutym, na otwarcie sezonu, zawinięty w koce, na pace żuka z plandeką. Łowiłem całą niedzielę i wieczorem z powrotem do Wrocławia, też na przewiewnej pace. Niejeden wyjazd był pusty. Wtedy w Parsęcie nie było tyle ryb, ile jest teraz. Uczyłem się łowić. Zacząłem robić blachy. Któregoś razu Janek Walichnowski dał mi znaleźną, znaczy z Parsęty, z jakiegoś zaczepu, wyciągniętą blachę. Mówi: Masz ją, na nią złowiłem kilka troci. Wcześniej chodziłem bez ryby, a na nią od razu złowiłem dwie trocie. Nie mogłem się temu nadziwić. Wyglądała jak pokraka, a taka łowna. I tak została pokraką. Zrobiłem do niej wykrojnik. Łowiliśmy na tę obrotówkę i się jej nie mogliśmy nadziwić. Kręciła się wtedy, jak skrzydełko było z blachy 0,6 i tak samo dobrze skrzydełko wirowało, jak było zrobione z blachy 1,8 mm.


Po udanym połowie zawsze jest wędzenie.

Później dopracowałem się swojej blachy. Znana jest w Polsce, mówią na nią kuziorówka. A teraz zrobiłem nowe skrzydełko, trochę je zmałpowałem ze szwedzkiej blachy i właśnie na tę blaszkę złowiłem tę piękną dużą troć, na razie rybę swojego życia. Ale zanim do tego doszło, poznałem kilku innych wspaniałych ludzi. Kto nie zna Zośki znad Parsęty. Ta kobieta jest legendą. Zosia Stępień mieszka w Dygowie, codziennie jest na rybach. I jak ktoś zobaczy nad Parsętąs spiningującą panią, to od razu niech czapkuje i mówi: Dzień dobry, pani Zosiu.

W ogóle grzecznie się zrobiło nad Parsętą. Kiedyś tak nie było. Przechodził obok ciebie jakiś trociarz i nawet nie mruknął. Teraz każdy mówi dzień dobry, zagadnie o coś. Jest milej. Ale jak już tę troć miałem na brzegu, to podszedł do mnie jakiś miglanc i pyta: Na fazę ją pan dostał? Był z rówieśnikiem. Zapytałem drugiego, bo mnie ten pierwszy wkurzył, czy on łowi ryby. Ja nie łowię - odpowiedział - tata to robi.
- Co tato złowił - zapytałem.
- Trocie, przedwczoraj dwie, wczoraj jedna, a dzisiaj w nocy siatkę nam ukradli - odpowiedział.
Poleżałem już na ziemi, obok ryby, z pół godziny. Trochę wypocząłem, ale ręki jeszcze nie czułem. Do głowy wracały sceny z holu.

Troć dostałem prawie w Karlinie, tyle że na lewym brzegu, naprzeciwko cmentarza. Obławiałem już to miejsce kilka godzin wcześniej. Mam chore nogi, chodzę więc niewiele. Ale to właśnie nauczyło mnie, żebym tak samo dokładnie łowił, idąc z prądem, jak pod prąd, kiedy wracam.

Teraz wracałem. Rzuciłem daleko pod prąd. Czułem jak skrzydełko telepało na szczytówce. Prowadziłem obrotówkę najwolniej jak tylko mogłem. Wczułem się w ten fragment rzeki. Był to chyba dziesiąty rzut z tego samego miejsca. Zastosowałem się do nauk Zośki. Kilka rzutów i zmiana przynęty. Z tego samego miejsca coraz to inną blachą.

Blacha była naprzeciw mnie, żyłka zataczała na wodzie spory łuk, bo ją prąd wybrzuszył, kiedy nastąpiło branie. To było delikatne branie. Zaciąłem, ale nie poczułem wagi ryby, bo spory był luz na żyłce. Ale jak ryba poszła parę metrów z prądem, poczułem jej ciężar. I długo mógłbym opowiadać, bo jak mi wzięła o 13, to wyciągnąłem ją o 15.10.

Zgubiło ją, że za wszelką cenę chciała do domu. A do domu niekoniecznie zawsze potrzeba. A ona szalała, żeby do chałupy. Żadne dokręcanie hamulca nie pomagało. Ile chciała i dokąd chciała, tam szła. Prawa ręka mi omdlewała, a kiedy już nie wiedziałem, co mam z ręką zrobić, ryba szła pod drugi brzeg, gdzie była rynna i tam pod krzakiem się zatrzymywała. Ona musiała z tego miejsca wyskoczyć do blachy, miała niedaleko, dlatego mówię, że tam na pewno mieszkała.

I jak się zatrzymywała pod tym krzakiem, dokręcałem hamulec na maksa, wkładałem rękojeść pomiędzy nogi, lewą ręką łapałem za dolnik, a prawą, teraz wolną, wykonywałem jakieś ruchy. Wachlowałem, obracałem, trzymałem nad głową i trzepałem nią. Nie liczyłem, ile razy dała mi szansę na odpoczynek. Pięć, może siedem razy.

I przyszła taka chwila, że zacząłem rybę podciągać pod nogi. Skarpa była niewysoka. Jak na niej usiadłem, to nawet butów nie zamoczyłem. Ale zanim usiadłem, podciągałem rybę. Była już pod moimi nogami, ale jeszcze jej nie widziałem. Starałem się, żeby żyłka cały czas była napięta. Jak popatrzyłem na kij, przestraszyłem się. Był tak wygięty, że beczkę mogłem nim owinąć. A to dwuuncjowy, prawie trzymetrowy Fenwick. Zacząłem podciągać troć do powierzchni. Już w ręku miałem hak, już byłem nachylony i wtedy zluzowałem żyłkę. Tylko zafurczała. Zwinęła się na powrósło. Błyskawicznie odrzuciłem kij, ręką złapałem za żyłkę, hak podłożyłem pod pokrywy skrzelowe. Wyciągnąłem rybę na trawę. Nie ruszała się, też była zmęczona. Odciągnąłem ją kilka metrów dalej, wykrwawiłem, położyłem się obok.

Leżę i tak sobie myślę. W tym miejscu umówiłem się z kolegami na spotkanie. Mieli być godzinę temu. Ot, koledzy, gdyby byli, na pewno by pomogli. Leżę sobie i wspominam. Dobrzy koledzy. Zawiozą mnie na ryby, nakarmią, napoją, dbają o mnie. Ale, jak którejś cholery potrzebuję, to żadnego nie ma.

Troć ważyła 13,25 kg i miała 113 cm.

Zdzisław Kuziora
Wrocław