CHLEB, KUKURYDZA I KULKI Z GRANULATU


Kiedyś na ryby szło się ze skibką chleba. Z miąższu ugniatałem ciasto na haczyk, resztę, po rozmoczeniu, mieszałem z nadbrzeżnym piaskiem i tym nęciłem ryby. Skórka chleba do dzisiaj jest jedną z moich ulubionych przynęt na karpie. Zarzucona na grunt namoknie, napęcznieje i uniesie się nad dno, więc ryby zawsze ją dostrzegą.



Kłusownicy, zapuszczający się na hodowlane stawy, kiedyś się wygadali, że tamtejsze karpie, karmione granulatem, długo nie mogli skusić do brania. Nie chciały ani ziemniaków, ani rosówek. Poskutkowały dopiero kulki z chleba. Często sięgam po nie wiosną, kiedy nęcę surowym żytem. W wodzie ziarna szybko kiełkują i te witaminki karpiom bardzo smakują. O dziwo, drobiazg do żyta nie idzie, czasem tylko przyplącze się większa płoć albo leszcz.
Bardzo wysoko cenię sobie również kukurydzę. Jest niezawodna zwłaszcza w wodach dziewiczych, nie zepsutych przez łowców karpi. Ziarna moczę przez dzień z dodatkiem cukru, a potem podgotowuję, żeby tylko trochę zmiękły. To wszystko. Nie dodaję żadnych zapachów, żadnych atraktorów. Kilka lat temu, kiedy po tygodniu nęcenia karpie weszły mi w łowisko i zaczęły ładnie brać, coś mnie podkusiło i do kukurydzy dolałem dipu, który w tamtym czasie był nowością. Przez dwa tygodnie nie widziałem ryby! Ten wypadek przy pracy boleśnie mnie przekonał, że jak już się karpie do czegoś przyzwyczai, to potem nie warto z niczym kombinować. Nie wolno też przesadzać z ilością zanęty. Nad swoimi jeziorami spotykam wędkarzy, którzy przyjeżdżają z workiem kukurydzy. W piątek wsypują wszystko do wody, łowią do niedzieli i odjeżdżają. Zwykle z niczym. Dopiero po kilku dniach uciechę mają miejscowi wędkarze, którzy tylko zacierają ręce widząc takich niedzielnych łowców.
Karpie należy nęcić, a nie karmić. Regularnie, ale małymi porcjami. Nawet latem nie wrzucam do wody więcej niż dwa kilogramy kukurydzy. Połowę rano, połowę wieczorem, po łowieniu. I koniec. Moja zanęta musi być wyjedzona co do grama, bo inaczej zacznie gnić i zepsuję sobie stanowisko. Niedawno widziałem w telewizji program o cieszącym się dużą renomą łowisku specjalnym. Jego właściciel przyznał, że na 5-hektarowy staw wpuszcza dziennie tylko kilku wędkarzy. Nie obawia się, że wyłowią mu wszystkie ryby, ale że wrzucą zbyt dużo zanęty i zakwaszą wodę. Wyjątkowy gość. Na ogół nie dbamy o nasze wody i sami dewastujemy łowiska.
Kiedy w gazetach czytam o karpiarzach, którzy na jedno posiedzenie wrzucają do wody 500 - 1000 kulek, nie wiem, śmiać się czy płakać. Owszem, karp potrafi zjeść nawet 300 kulek, ale wyjątkowo duży i raz na jakiś czas. Reszta zostaje w wodzie i gnije. Kulki kupowane w sklepach rozpuszczają się jak landrynka i po pewnym czasie pozostaje po nich maź. Czy zje to drobnica albo kaczki? Niedawno złowiłem karpia z brzuchem jak balon. Gdy go nadusiłem, wydalił chyba wiadro czerwonego paskudztwa, które zakitowało mu jelito.
Ja również łowię na kulki, ostatnio coraz częściej. To przynęta wygodna i skuteczna, ale moja dzienna dawka nie przekracza trzydziestu sztuk. Robię je sam ze zmielonego granulatu karpiowego i jaj, z dodatkiem tranu, i lekko opiekam w piekarniku. Granulat stanowi doskonałą bazę, bo jest zbilansowaną, wysokobiałkową karmą dla ryb. Widziałem karmione nim tarlaki jazi o wadze sześciu kilogramów. Jaja są po to, aby mielony granulat scalić i nadać mu postać ciasta, z którego wyrabiam kulki. Używam granulatów zachodnich, które w wodzie pęcznieją i długo trzymają się razem. Krajowe szybko się obsypują i zmieniają w bezwartościowy pył.
O proteinach wszyscy rozprawiają, ale na rolę tłuszczu nikt nie zwraca uwagi, nawet hodowcy. Kiedyś do zanęt wsypywałem zmielone skwarki pozostałe po wytopieniu słoniny. Leszcze szły w to jak głupie. Czasem i karpie. Na haczyk zakładałem kawałek mocno zgniecionej chałki, która w wodzie puchła. Niekiedy jeszcze wracam do tej zanęty, ale o dobrą chałkę coraz trudniej. Według mnie tłuszcz musi być w przynęcie, a karpiom najbardziej odpowiada rybi zapach tranu.
W wędkowaniu nie ma żadnej filozofii. Trzeba umieć obserwować wodę i patrzeć, co ryby robią, a nie tylko je futrować. Czasem wystarczy tylko wzruszyć muł, wsypując do wody na przykład sam piasek. Pamiętam, jak przed laty zawołał nas, wtedy kilkuletnich chłopaczków, starszy pan, o którym mówiono, że jest najlepszym w okolicy wędkarzem. Nad jeziorem miał najładniejszy pomost, z którego łowił ryby i nikogo tam nie wpuszczał. - Chłopaki, poskaczcie sobie w wodzie. Za darmo! - zaproponował. Dwa razy nie trzeba było nam mówić. Taka okazja! Kąpaliśmy się do wieczora. Dopiero wtedy on przyszedł z wędkami. Na naszych oczach wyciągał rybę za rybą. Płocie, leszcze, liny i karpiki. Sens tego spektaklu zrozumiałem, gdy już byłem dorosły. W upalne dni w okolicach pomostu rozwinęły się glony, więc ryby odeszły. Kąpiąc się i skacząc wzruszyliśmy muł, natleniliśmy wodę, brud oderwał się od dna i odpłynął. To był rzeczywiście doskonały wędkarz.
Andrzej Głuszczyński
Chodzież