Zdjęcie znad wody

SZYBKIE PŁOCIE


Wydawałoby się, że łowienie szybkościowe związane jest wyłącznie z ukleją. Są jednak takie łowiska, na których kręcą się duże stada drobnych płoci. Łowiąc je krótkim wędziskiem, w ciągu trzech godzin można wyłowić nawet ponad trzysta płoci.



Łowisk z ogromną ilością płoci jest wiele, ale mało kiedy można łowić je blisko. Przeważnie jest tak, że podczas łowienia na tyczkę w zanętę wpływają duże ilości płoci. Przeważnie są drobne, w granicach 10 - 20 cm. Jeżeli się je łowi na tyczkę, to bez przerwy jest zabawa ze sprzętem. Dokładanie i odkładanie rur z wędziska, suwanie nim po rolkach, więcej przygotowania niż łowienia. Przechodzę wtedy na łowienie tak zwanym batem, czyli teleskopowym wędziskiem, zazwyczaj siedmiometrowym, z miękką szczytówką bez gumowego amortyzatora. Zarzucanie zestawu, utrzymywanie go w zanęcie, a przede wszystkim zacinanie jest o wiele mniej dokładne, niż przy łowieniu zestawem skróconym, ale za to łowię szybciej. W ostatecznym rozrachunku wyciągam znacznie więcej ryb. Płocie, które były dotychczas na jedenastym metrze, staram się ściągać stopniowo bliżej brzegu. Oczywiście robię to zanętą i jeśli tylko się da, to skracam dystans do zasięgu wędki pięcio-, a nawet czterometrowej. Wędziskiem w granicach do pięciu metrów można bez problemu operować jedną ręką, a łowienie i zacinanie staje się równie precyzyjne, jak przy łowieniu zestawem skróconym. Właśnie na takim dystansie można uzyskiwać wyniki ilościowe porównywalne z łowieniem uklei.
Przy łowieniu szybkościowym płoci stosuję zanęty, które zaczynają pracować tuż po wrzuceniu do wody, a więc lekkie, rozpulchnione, z dodatkiem zmielonych nasion konopi, słonecznika lub dyni. Tych składników dodaje nawet do jednej piątej całej objętości zanęty. Kiedy już sprowadzę płocie na odpowiedni dystans, kładę na dnie ze dwie, trzy garści mocno zgniecionej zanęty i jeszcze kilka kulek gliny z dużą ilością ochotki zanętowej. A już w trakcie łowienia co kilkadziesiąt sekund, najpóźniej co dwie trzy złowione ryby, dorzucam lekko zgniecioną grudkę zanęty wielkości orzecha włoskiego. Im lepsze brania, tym częściej donęcam, za to mniejszymi porcjami. Wtedy wystarczają dawki wielkości orzecha laskowego. Konieczne jest utrzymanie w wodzie słupa, czy chmury zanęty, jak to się zazwyczaj stosuje łowiąc ukleje. Ale pomimo częstego donęcania nie zużywam zanęty więcej niż litr, do półtora. Oprócz zanęty spożywczej szykuję też sobie co najmniej ćwierć litra ochotki zanętowej sklejonej specjalnym klejem, i uformowanej w kształcie placka. Po kilku złowionych płotkach, czterech lub pięciu zamiast grudki zanęty spożywczej wrzucam oderwany z placka kęs ochotki. Taka porcja wprawia płocie w taki amok żerowania, że zatracają swoją zwykłą ostrożność i biorą przynętę bardzo pewnie.
Łowiąc krótko mogę sobie pozwolić na stosowanie bardzo delikatnego zestawu. Oczywiście pod warunkiem użycia wędziska z odpowiednio miękką szczytówką, oraz wytrenowania techniki delikatnego zacinania i holowania ryby. Zestawy nieco krótsze od wędziska przeważnie buduję na żyłce 0,10 mm. Używam spławików w kształcie ołówka z antenką nie dłuższą niż jeden centymetr, najlepiej o wyporności 0,5 g. Lżejsze nie są konieczne, bo przecież łowi się ryby bardzo dobrze żerujące. Półgramowe obciążenie pozwala za to szybko sprowadzić przynętę do dna i dzięki temu łowi się szybciej. Obciążenie w postaci 5 - 6 śrucin rozkładam na dwa sposoby. Do zwykłego łowienia przy dnie skupiam śruciny tuż powyżej przyponu. Przy braniach z opadu rozmieszczam je równomiernie na całym odcinku od spławika do przyponu. Przypon z żyłki 0,06, 0,07 mm, przy dużych płociach maksymalnie 0,08 mm. Długość 12 - 15 cm. Haczyk najczęściej nr 18. Przy drobnych lub przekarmionych rybach zakładam nawet haczyki nr 20. Zawsze mam przygotowany odpowiedni zapas gotowych przyponów, i co najmniej dwie zapasowe wędki z różnymi typami zestawów.
Na łowiskach o płaskim dnie gruntuję zestawy “na zero”, czyli tak, żeby przynęta dotykała dna. Przy dnie pochyłym wolę zmniejszyć grunt o kilka centymetrów, żeby w razie zniesienia czy podciągnięcia zestawu w stronę brzegu nie położyć przynęty całkiem na dnie. Kiedy płocie przechwytują przynętę przed opadnięciem do dna, zmniejszam grunt skokowo po 5 cm tak długo, aż ustalę głębokość, na której żeruje większość płoci. Jeżeli mimo to większość ryb bierze przed całkowitym ustabilizowaniem się spławika, albo płocie są przekarmione i zaczynają grymasić, przechodzę na łowienie z opadu.
Cały czas prowokuję ryby przeciągając co parę sekund zestaw o kilka centymetrów w bok lub podnosząc do góry. Zazwyczaj łowię na jedną lub dwie ochotki przebite w połowie. Tylko przy słabych braniach zakładam pojedynczą larwę za głowę, ale wtedy jest dużo pustych zacięć, bo płocie chwytają za zwisający koniec, i albo ściągają, albo wysysają przynętę. Wymiana pustej powłoki na świeżą larwę zawsze się opłaca, i nie warto na to skąpić czasu. Zamiast czekać na branie z niepełnowartościową przynętą na haczyku można w tym czasie złowić nawet i dwie ryby. Przy bardzo dobrych braniach zakładam na haczyk pojedynczą pinkę, najlepiej czerwoną. I jeżeli łowię na pinki, wtedy dodaję je również do zanęty. I tutaj trzeba pamiętać o zasadzie obowiązującej podczas łowienia na robaki: lepiej za mało niż za dużo, bo robakami można szybko ryby nasycić.
Pinka ma tę przewagę nad ochotką, że na jedną larwę można złowić kilka płoci, i w ten sposób zaoszczędzić czas na zakładaniu nowej przynęty. Zazwyczaj larwę muchy zakładam przebijając ją haczykiem w połowie. Kiedy mam przez to zbyt dużo pustych zacięć, nawlekam ją całą na haczyk.
Po delikatnym zacięciu nie wyrywam ryby na powierzchnię, bo często dochodzi przy tym do chlapania. Nawet jak płoć się nie zepnie, to płoszy inne ryby. Więc po zacięciu przechylam wędzisko na bok i jednym płynnym ruchem odciągam płoć z zanęconego rewiru w pobliże brzegu. Tam delikatnie wyrywam ją w powietrze i ląduję ręką na fartuchu ochronnym. Po zdjęciu ryby z haczyka, jeśli tylko przynęta nadaje się do dalszego użycia, zarzucam wędkę, wrzucam rybę do siatki, i - zanim jeszcze przynęta osiągnie dno - donęcam.
Podczas szybkościowego łowienia płoci zawsze mam w zasięgu ręki ręcznik do wycierania śluzu, a dobrym pomysłem jest też wiaderko z wodą, gdzie od czasu do czasu można rękę opłukać. Wszystkie potrzebne rzeczy muszą być ułożone w zasięgu ręki, najlepiej zawsze w tym samym miejscu, żeby sięgać po nie bez patrzenia i nie tracić ani sekundy na wstawanie z kosza.
Michał Łebkowski
Częstochowa